7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

23 grudnia 2011

Tam wciąż leżą ciała...

7 dni
Miasto Częstochowa nadal kryje wiele tajemnic. I chociaż książek, opracowań przedstawiających dzieje naszego grodu nie brakuje, to wciąż pojawiają się nowe okoliczności zmieniające, a raczej uzupełniające jego obraz. Własnymi doświadczeniami i wiedzą podzielił się z nami Roman Korzekwiński.

Sędziwy wiek, którym szczyci się – i słusznie - pan Roman, nie jest dla niego przeszkodą w szczegółowym opisie wydarzeń sprzed 60 lat. Sprawa dotyczy śmierci niemieckich żołnierzy stacjonujących w czasie II wojny światowej w naszym mieście. Oczywiście pamięć historyczna nie pozwala Polakom zapomnieć, że występowali w charakterze okupanta.
Pan Korzekwiński od 17 lat przykuty jest do łózka, ubezwłasnowolniony przez własne ciało. Mimo bardzo ciężkiej choroby i problemów z mówieniem uważa dziś, że tajemnice z czasów wojny powinny być ujawnione i wyjaśnione.

W pokoju, w którym przebywa pan Roman zatrzymał się czas. Przy ścianie łóżko, a w nim bardzo szczupły staruszek, w nienaturalnej pozycji.

- Dlaczego teraz...?
- Bo chcę, by wszyscy wiedzieli, że te ciała nadal tam leżą. Nigdy ich nie wykopali i godnie nie pochowali, chociaż to wrogowie byli. Ale mieli rodziny, dzieci i przede wszystkim byli ludźmi...
- Zacznijmy od początku: od daty i miejsca
- Na początku 45 roku zima była okrutna... Moja rodzina mieszkała na dołku przy ulicy św. Barbary u zbiegu z ulica Kingi. Tam wszystko się wydarzyło...

Pan Roman Korzekwiński przerywa opowieść i z trudem przełyka ślinę. Na twarzy pojawia się grymas bólu.

- Poczekajmy...
Stary zegar na ścianie miarowo doliczał ciszę.

- I co było dalej?
- Pod koniec wojny w Częstochowie byli i Niemcy i Rosjanie. Któregoś dnia czołgi sołdatów przyjechały na ulicę Główną.  A przy św. Barbary byli z kolei Niemcy. Obstrzeliwali się nawzajem.  Gdy Ruscy podeszli bliżej słychać było odliczanie w kółko – один, два, три... огня, огня... (jeden, dwa, trzy... ognia, ognia...). Część Niemców zaczęła uciekać. Kilkunastu schowało się na strychu w tym domu przy Barbary i Kingi.
Rosjanie chodzili od domu do domu, szukając Niemców. Gdy podeszli do budynku, z domu wyszedł lokator, który wynajmował tam izbę. Ruski kapitan zapytał go: гэрманьци у вас? (Niemcy u was są?) A on odpowiedział: гэрманьци, так (tak, Niemcy są). Wtedy napatoczył się Sulej, właściciel nieruchomości. Przystawili mu pistolet maszynowy do głowy i zaczęli go przepytywać: у тебя гэрманьци? (u ciebie Niemcy są?). Odpowiedział: я не знаю, ли у меня гэрманьци (ja nie wiem, czy u mnie Niemcy są). Poszarpali go, a kapitan pytał dalej: что ты хочешь, что чтобыя я тебя убил? (co ty chcesz, żebym ja ciebie zabił?)
Wtedy ten kapitan sołdatów [rosyjskich żołnierzy- przyp..red.] wszedł tam po schodach, prowadzących na strych. Zaczął krzyczeć trochę po niemiecku, trochę po polsku, żeby Niemcy zeszli, że nic im nie zrobią. Obiecał, że daruje im życie.
- Ilu niemieckich żołnierzy schroniło się na strychu?
- Wszystkich było 14. Poszli na herbatę do gospodarza. Zeszli ze stanowisk, a w tym czasie nadeszli Rosjanie. Oni nie mieli się chować tylko bronić pozycji, ich zadaniem było powstrzymać ruskie czołgi. Mieli automaty maszynowe, amunicję przeciwpancerną i panzerfausty. W kącie stała beczka po śledziach lub po ogórkach, a w niej pełno granatów. Nie użyli żadnej z tej broni, nie oddali ani jednego strzału, a tym co mieli, ruskich by wybili ile wlezie.
- Co zrobili Niemcy?
- Wystraszyli się i zeszli. Poza tym uwierzyli w darowanie im życia. Oddali broń, oddali wszystko. Ruski kapitan kazał Niemcom oddać zegarki. Każdy jakiś miał, jak nie na rękę, to kieszonkowy, na łańcuszku. Rosjanin krzyczał: давай часы, давай! (dawaj zegarek). A potem dodał: ступатье домой (kroczcie do domu). Wyszli więc na ulicę św. Barbary i szli w stronę rogatki. Ruski kapitan szedł z tyłu za nimi i doszedł jeszcze jeden czołgista. W rękach trzymali naładowane 82 nabojami pepesze. Czternastu Niemców i dwóch Rosjan, spokojnie szli w stronę Kawodrzy. I wtedy rozległ się huk wystrzałów,a uszli dopiero kawałek. Ruscy po plecach im z broni przejechali: "tu, tu. tu...".

Pan Roman zamilkł. Nie tyle się zmęczył, co raczej wzruszył.

- Co stało się z ciałami?
- Zostały na ulicy.
Mój ojciec miał gospodarstwo i parę koni. Ruscy przyszli do ojca i mówią tak: „Pan ma dać konie i furmankę i od kościoła św. Barbary do samej rogatki mają być wszystkie nieboszczyki pozbierane - czy to Niemiec czy Polak". Ojciec wraz z moim starszym bratem pojechali szukać ciał. Pan Pompka i pan Palacz też to robili. Potem wszystkie zebrane zwłoki wrzucili do rowu, nie pochowano ich jednak, nawet ziemią nie zasypano, bo nie wolno było. Potem trochę śniegu nawiało. Na wiosnę,  gdy wszystko zaczęło się rozpuszczać te ciała leżały takie zapadnięte.
- Co na to inni Polacy?
- Szkoda gadać. Przyszła kobieta z synem i rozebrali wszystkich nieboszczyków do naga. To było straszne.
- Gdzie dokładnie znajduje się ten rów?
- Po prawej stronie ulicy św. Kingi, zaraz na rogu z ulica św. Barbary. Tam są pochowani. Polscy żołnierze w '39 wykopali rów, tuż przy chodniku. Mieli tam, w tym rowie strzeleckim czekać na Niemów. A później Niemcy przekopali rów dalej prosto, wzdłuż ulicy Kingi. Wykop przecinał nasz ogród i sąsiadów, przekopali się do samej Jasnej Góry. Niemcy zrobili to rękami polskich niewolników. Wcześniej paulini mieli tam konie, krowy, a Niemcy zrobili z tych budynków magazyny.
- Myśli pan, że oni nadal tam leżą?
- Na pewno. Nikt nigdy ich nie wykopał. Nikt nigdy się tym nie interesował, ani Polacy, ani Niemcy po wojnie. Bardzo chciałem komuś o tym opowiedzieć...

Rozmowa wyraźnie zmęczyła Romana Korzekwińskiego, ale z drugiej strony, jakby spadł mu kamień z serca - przekazał tajemnicę dalej...


Renata R. Kluczna

Komentarze (1)

21 lutego 2012

Jeszcze dkaelo mi do zalu i gniewu, ktory Ty tu wyrazasz o Niemcach. No i wiekszosc dnia spedzam poza salonu, ale Ty jestes cale zycie _w_ _Niemczech_ i jeszcze deklarowales sie Niemca.Wiec jest drobna, ale zasadnicza roznica:D


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama