7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

07 listopada 2018

List Czytelnika: „O jednej z częstochowskich uczelni, czyli jak dałam się oszukać”

7 dni
„Na początku pozwolę sobie krótko się przedstawić: nazywam się Wiktoria [nazwisko do wiadomości redakcji], niedawno skończyłam 20 lat i jestem absolwentką I LO im. Juliusza Słowackiego w Częstochowie i jednego roku w TEB edukacja, na kierunku Technik Usług Kosmetycznych."

„Po zdanej maturze postanowiłam zostać w Częstochowie i kontynuować naukę w lokalnej szkole policealnej, z kilku powodów. Po pierwsze, nie wiedziałam konkretnie, jaki kierunek studiów wybrać, po drugie – z wielu powodów nie wyobrażałam sobie przeprowadzki do innego miasta. 
Natomiast na temat jednej z najbardziej popularnych uczelni częstochowskich, słyszałam tyle złych opinii, że stwierdziłam, iż lepiej już będzie zdobyć konkretny fach, niż marnować czas na tę uczelnię, na której (podobno), po trzech latach nauki nie da się zdać FC (!). 
TEB na początku wydawał się mieć same plusy – był blisko od domu, w klasie były miłe dziewczyny, szkoła ładna, nowoczesna, zadbana. Chodziłam z zapałem, czując, że w końcu zaczynam robić to co lubię, czyli poznawać wiadomości na temat pięknego i zdrowego wyglądu cery, dłoni i stóp, a także ciała... Nauka była przyjemnością. Materiału, jak na osobę po renomowanym liceum też nie było zbyt dużo, w dodatku lekcje odbywały się tylko 3 dni w tygodniu. 
Przyzwyczajona do nadmiaru obowiązków, i z narastającym poczuciem niższości, które umacniali we mnie jeszcze znajomi i mama, jednego razu w drodze do szkoły zauważyłam pewną reklamę, mianowicie – jednej z częstochowskich, znanych powszechnie uczelni.
No to cyk, internet i czytamy informacje: były tam opinie dobre i złe, choć nie pamiętam (albo nie chcę pamiętać) czy choć raz spotkałam  słowo ,,korupcja”... Ale nie, nie przypominam sobie, było chyba tylko coś takiego, że nauczyciele lekceważą uczniów, jednak po liceum byłam przyzwyczajona do tego i nie budziło zdziwienia... Poza tym wybierając studia zaoczne byłam przygotowana na bardziej samodzielną naukę.
Z początkiem roku akademickiego zapisałam się na uczelnię, na kierunek absolutnie niezwiązany z wykonywanym przeze mnie zawodem. Choć miesięcznie płaciłam aż 350 złotych, zdawało mi się, że są to dobrze wydane pieniądze i nie było mi żal ani grosza, mimo iż ta kwota stanowiła dwie trzecie mojego miesięcznego kieszonkowego z alimentów od taty. Chodziłam z taką samą, a może większą energią niż do TEB-u.
To co rzuciło mi się w oczy już pierwszego i drugiego dnia nauki było kompletnym brakiem jakiejkolwiek organizacji, chaos jeśli chodzi o sale..., ale tu uspokoił mnie tata, mówiąc, że ,,to normalne na studiach’’. 
I rzeczywiście, później nauka jakoś szła, tzn. odbywały się zajęcia. Nie mówiłam koleżankom z TEB-u, że jestem na studiach, obawiając się, iż źle ocenią mój wybór. Było to błędem. Być może rozmawiając z wieloma osobami i słuchając ich rad zrezygnowałabym wcześniej, zanim straciłam całe 3.500 zł, mnóstwo nerwów, a co najgorsze cennego czasu.
Poza tym na uczelni w pierwszym semestrze wiele od nas nie wymagano, egzaminy na półrocze były proste, choć oczywiście przygotowanie zajęło mi mnóstwo czasu. Ale prawdziwe schody zaczęły się w drugim półroczu, gdy na scenę wkroczył we własnej osobie jeden z członków władz uczelni. 
Zaraz opiszę jak to wyglądały te zajęcia, tylko dodam jeszcze, że z początkiem drugiego semestru przestały odbywać się zajęcia z 5 innych przedmiotów.
Wracając do głównego przedmiotu, napiszę w skrócie, że wykładowca mówił nam coś, następnie przeczył sobie sam. Jego podejście do studentów odebrałam jako wielką manipulację, mającą na celu ośmieszenie nas i pokazanie, kto tu rządzi i kto ma rację. Abstrahując od tego, że czułam się podle, musiałam jeszcze zakupić jego publikacje (koszt poniżej 100 zł, ale i tak żałuję), i napisać na ich temat prace. Było to frustrujące zajęcie; mimo że się starałam jako jedyna (!) osoba z grupy, ciągle było coś nie tak, ciągle odsyłał mnie z nakazem poprawy, a ja brnęłam w to i pisałam wciąż od nowa, choć efekty były takie same...
Później wykładowca wyjechał, podobno do Azji, taką przynajmniej informację otrzymaliśmy z dziekanatu, i nie było zajęć przez około miesiąc, gdy nagle, z końcem maja, dostaliśmy SMS-y z informacją, że pojutrze jest o 11 egzamin, gdzie trzeba się stawić z pracami. No to przyszłam. Punktualnie. Na piętrze czekało chyba ze 30 osób, z różnych lat i kierunków. Każdy dostał taką samą wiadomość. 
Wykładowca ostatecznie stawił się o godzinie 12. Do tego czasu uzyskałam kilka ciekawych informacji od studentów. Byłam nimi szczerze zaskoczona, a w pamięci szczególne utkwiła mi jedna, mianowicie, oświadczenie jednej pani czekającej na obronę licencjatu, że już studiuje piąty rok.
Nie dowierzałam własnym uszom. Jeszcze większy był mój szok, gdy spóźniony profesor przywitał nas tekstem, że ,,czas egzaminu minął o 11:00, wszyscy jesteście spóźnieni i dostajecie dwóje. Poprawka płatna 100 zł w dziekanacie kartą.” Szkoda, że nie miałam możliwości nagrania tego, choćby na dyktafon. 
Byłam wtedy jedyną osoba, która nie zapłaciła oszustowi ani grosza. Wszyscy oczywiście udali święte oburzenie, następnie poszli do dziekanatu i zapłacili kwotę, po czym jeden po drugim wchodzili do pokoju wykładowcy z potwierdzeniem zapłaty i plikiem prac w drugiej ręce. Byłam jedyną osobą, która weszła tam bez kwitka, z samymi pracami. Jednym zaliczał, innym nie. 
Mnie co prawda nie sprawdził pokwitowania zapłaty, ale kazał zrobić większe odstępy między akapitami i przyjść jeszcze raz. Więc przyszłam, oczywiście, w wyznaczonym za miesiąc terminie i wtedy po krótkiej rozmowie wstępnej na temat prac zapytał mnie, czy mam pokwitowanie. Nie miałam. Powiedział, że nie zdałam. Co prawda nie z przedmiotu wiodącego (w końcu wystawił mi 4), ale z innego przedmiotu, którego to lekcji w ogóle nie mieliśmy ani razu, i drugiego zupełnie mało ważnego przedmiotu. Czyli oblałam bez możliwości przeniesienia się na jakąkolwiek inną uczelnię, bo tam nie zamierzałam kontynuować studiów. W domu zaczęłam gorączkowo przeglądać internet w poszukiwaniu informacji o znanym mi już jednym z członków władz uczelni. Dowiedziałam się m.in., że w ogóle całe jego wykształcenie i kariera są bardzo wątpliwe. W każdym razie, po tych rewelacjach z internetu stwierdziłam, że nie dam temu człowiekowi już ani grosza. Z wielu powodów, w tym również emocjonalnych, nadal jeszcze nie odebrałam stamtąd wszystkich dokumentów, co mam zamiar zrobić w najbliższym czasie. A następnym razem lepiej analizować podejmowane decyzje. 
Zaraz po opuszczeniu uczelni wystosowałam pismo do władz szkoły wyższej, aby zwrócili mi przynajmniej część pieniędzy. Nie odpisali. 29. października 2018 roku wysyłam pismo do sądu i zakładam sprawę o brak zrealizowania umowy.
Jeszcze dodam, że podczas praktyk w salonie kosmetycznym spotkałam kilka osób, które się tam uczyły, i wszystkie informacje zostały potwierdzone: już wiele lat temu panowało tam łapówkarstwo oraz przetrzymywanie uczniów na roku.
Nie rozumiem, czemu ludzie o tym milczą? Rozmawiałam z jedną koleżanką na roku, która została na uczelni. I ona mówi, że chce tylko papierek. Pojawiają się dwa pytania, a mianowicie: co taki dokument jest wart, a po drugie, czy tego typu praktyki nie powinny zostać zdelegalizowane? Podobnie jak cała uczelnia? Przecież nikt chyba nie chce, aby jego dziecko uczyła osoba niekompetentna, a szczerze wątpię, czy po takiej szkole ma się jakieś umiejętności.
Dlatego, oprócz sprawy w sądzie postanowiłam nagłośnić temat, jak tylko jest to możliwe. 
Stąd moja prośba do Państwa o opublikowanie artykułu (…). Zapewniam, że wszystkie powyższe informacje są prawdziwe.
Czytelniczka”


red.

Komentarze (1)

08 listopada 2018

To cyk, internet ... Żenada. List absolwentki LO im. Słowackiego. W Częstochowie jest tylko jedna uczelnia, w której stosowane są przedstawione w liście praktyki. Nie ma sensu ukrywać jej nazwy.


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama