7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

22 października 2016

Zdaniem wapowicza: TPD – w Polsce znana jako „Dyrektywa Tytoniowa”

7 dni
„Dużo się na ten temat ostatnio mówi i jeśli pomysłodawcy i „twórcy” całego zamieszania myśleli lub mieli nadzieje, że przemysł e-papierosów się osłabi lub nawet zniknie, to się grubo pomylili. Sprzedaż dolewek do e-papierosów, jak również sam „sprzęt” sprzedaje się świetnie, ba poprzez szum medialny zrobił się jeszcze większy ruch w sprzedaży. 

Całe szczęście społeczeństwo nie wierzy już w bzdury i brednie wymyślane przez pseudo-fachowców, wprowadzających coraz to nowe zakazy, nakazy i postanowienia.  Wprowadzono „straszne obostrzenia” – ciekawe czemu prócz ściągnięcia haraczu miały one służyć??? Z całą pewnością nie służą polepszeniu zdrowia ludzi czy wyedukowaniu młodzieży. Żaden z twórców ustawy nie pokusił się o to, by choć odrobinę zrozumieć czy sprawdzić (wg. badań i publikacji) co to właściwie jest to e-palenie. Nie moim zadaniem jest przekonywanie czy uświadomienie kogokolwiek, że z paleniem (papierosów analogowych) to nie ma nic zupełnie nic wspólnego. Począwszy od tego, że nie zachodzi tam żaden proces spalania po to, że nie zawsze podczas vapowania mamy do czynienia z nikotyną. 
Mnóstwo ludzi „puszcza chmurkę” zupełnie wolną od nikotyny. Ale wg. naszych ustawodawców jest to wyrób nikotynowy, pomimo tego iż nie zawiera nikotyny. Nie to jednak jest najgorsze. 
Najgorsze jest to, że ustawa napisana jest w taki sposób, że nikt nie wie, o co w niej chodzi. Na jej temat krążą już legendy, jedna straszniejsza od drugiej. Oczywiście każdy interpretuje jej treść na własną rękę, co w pewnych momentach staje się wręcz komiczne - nie chcę pisać - żałosne. I o ile jestem w stanie to wszystko zrozumieć i wytłumaczyć sobie czyimś lenistwem, niewiedzą, być może i innymi „ekonomicznymi” aspektami. 
Coś mnie trafia, gdy okazuje się, że w Polsce, gdzie jak wiem (chyba, że coś się zmieniło) obowiązkowym językiem urzędowym jest język polski. Niestety rejestracja produktu, jak to zgrabnie nazwali ustawodawcy (czytaj: zbiórka haraczu w imię prawa) odbywa się w języku angielskim... Rozumiem, że do urzędów (wszelakich) zmuszeni jesteśmy już chodzić z walizką dokumentów, adwokatem i radcą prawnym, to teraz jeszcze musimy chodzić z tłumaczem. Bo polski ustawodawca nie przewidział rejestracji produktu, wyprodukowanego w Polsce z surowców również polskich, w ojczystym, trudnym co prawda, ale obowiązującym języku. Rozumiem, że jesteśmy w Unii Europejskiej - nawet bardzo się z tego cieszę, ale... żyję we własnej ojczyźnie, o którą walczyli i ginęli moi przodkowie nie po to, żeby sprawy urzędowe załatwiać w języku angielskim, niemieckim czy jakimkolwiek innym niż nasz ojczysty język polski. 
Czasami to już się gubię: może to ze mną jest coś nie tak? Ale jestem ciekaw, co na to wszystko powiedzieli by ludzie, których stracono w obozach zagłady czy na frontach licznych wojen czy powstań narodowych? Czasami „kłócimy” się o żołnierzy wyklętych, powstańców, Ak-owców czy Al-owców, jak by to miało jakiekolwiek znaczenie, pod jaka nazwą czy sztandarem ginęli ludzie w słusznej sprawie, ludzie kochający swoją ojczyznę. 
A my teraz, w czasie pokoju sami wyrzekamy się tego wszystkiego, tych wszystkich wartości, za które właśnie ginęli nasi przodkowie. 
Jeśli teraz, tak wygląda patriotyzm i w taki sposób czcimy pamięć tych ludzi, to nawet nie chcę myśleć co by się działo, gdyby trzeba było wziąć „karabin do ręki” i walczyć, ginąć za ojczyznę.
Wapowicz – Czytelnik”.

***
Marka MILSEN
ul. Piłsudskiego 13/15
Częstochowa
Dyrektor Handlowy 601 696 828
Dział Handlowy 34 / 393 50 20


red.

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama