7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

11 marca 2015

Spadek potrafi zrujnować

7 dni
Spadek… miła rzecz, zwłaszcza od tajemniczego wujka z Ameryki, ale tego typu sytuacje można włożyć między bajki. Rzeczywistość jest zdecydowanie bardziej przykra i brutalna.
Owszem, nader często dziedziczymy, ale po osobach nam bliskich, których stratę opłakujemy miesiącami. Ten czas ma jednak ogromne znaczenie dla podejmowania działań prawnych. Gdy więc opadną emocje po śmierci ukochanej osoby, nierzadko jest już za późno na zmianę decyzji o spadku.

Ku przestrodze wszystkich spadkobierców opisujemy historię pani Grażyny.
– Nie jestem osobą młodą. Gdy poznałam Ryszarda wiedziałam, że moje życie zmieni się na starość na lepsze – mówi pani Grażyna. Taki był plan pary młodej w słusznym wieku.
– Po ślubie przeprowadziliśmy się do piętrowego domu męża, pod Częstochową. Niestety nieruchomość była w fatalnym stanie, więc aby w niej zamieszkać musieliśmy wykonać remont. Nie było nas stać na kompleksowe naprawy, przygotowaliśmy sobie tylko parter – opowiada pani Grażyna. Sielanka nie trwała długo.
– Dwa lata po zawarciu związku małżeńskiego, mąż zachorował na raka. Po ponad roku ciężkich zmagań z chorobą, zmarł. Bardzo to przeżyłam, bo to był dobry człowiek… - opowiada pani Grażyna. Tuż przed śmiercią (2008 rok) pan Ryszard spisał testament, w którym powołał swoją małżonkę na jedyną spadkobierczynię swojej całości nieruchomości.
- To co się stało po dwóch tygodniach od śmierci męża, było dla mnie szokiem… - mówi kobieta.
Pani Grażyna dostała list od… syna pana Ryszarda z pierwszego małżeństwa (a w zasadzie pasierba), w którym domaga się on od spłaty zachowku.
– Trudno to opisać słowami. Ja i mój mąż byliśmy małżeństwem 3 i pół roku. Przez cały ten okres syn męża nie utrzymywał z nim kontaktu. Nawet w czasie śmiertelnej choroby nie odwiedził go ani razu. Nie interesował się ojcem, nie zapytał czy może pomóc przy opiece nad chorym na raka. Przychodzili znajomi, rodzina, by pożegnać się z umierającym, a on nie – mówi pani Grażyna. Lakoniczny list od syna pana Ryszarda zawiera dwa zdania: „Wzywam do zapłaty kwoty 130 tysięcy złotych tytułem należnego mi zachowku po zmarłym ojcu”. W drugim zdaniu syn podaje numer konta i określa 21-dniowy termin zapłaty.
– Byłam zdruzgotana, ale najgorsze miało dopiero nastąpić – żali się kobieta.

Dom, który pani Grażyna odziedziczyła po zmarłym mężu, i w którym zamieszkali po ślubie (wraz z działką wokół posesji), syn zmarłego wycenił na 540 tysięcy złotych i od tej kwoty naliczył swoją część zachowku (1/4), co stanowiło kwotę 130 tysięcy złotych.
– Nie zapłaciłam mu tych 130 tysięcy, bo nie miałam. To ogromna kwota. Syn męża oddał więc sprawę do sądu – mówi pani Grażyna.
Kobieta liczyła, że sąd uwzględni jej trudną sytuację finansową i przede wszystkim weźmie pod uwagę zawyżoną – jej zdaniem – przez syna męża wartość nieruchomości, od której syn zmarłego wyliczył sobie 1/4 zachowku. Tak się jednak nie stało. Sąd wyznaczył nie procent od ewentualnej transakcji, lecz dokładną kwotę – 130 tysięcy złotych.
– Nie mogę tego zrozumieć i nie mogę się z tym pogodzić… Syn męża podał kwotę „z sufitu”, a sąd przyznał mu rację. Głęboki żal mam do Sądu I Instancji u nas w Częstochowie, bo jeśli można wybaczyć sędziom z Katowic, to lokalni przedstawiciele prawa przecież widzą, że zrujnowanej nieruchomości nie sprzeda się za prawie 600 tysięcy złotych, we wsi położonej ponad 30 kilometrów od miasta. Pewnie takie ceny „chodzą” w Katowicach lub w Warszawie, ale nie pod Częstochową – tłumaczy pani Grażyna. Wymiar sprawiedliwość oceniał sprawę pani Grażyny prawie 5 lat.
– Przedstawiłam sądowi opinie biegłych, którzy wycenili nieruchomość na około 200 tysięcy złotych – nic to nie dało. Sąd wziął tylko pod uwagę wycenę syna męża. Ogłoszono wyrok i muszę synowi męża wypłacić tyle, ile żądał 130 tysięcy złotych wraz z odsetkami od dnia śmierci mojego małżonka – mówi kobieta. Ponieważ pani Grażyna nie była w posiadaniu tak dużej kwoty, więc nie zrealizowała wyroku sądu, jej emeryturę zajął komornik.
– Komornik ściąga 700 złotych co miesiąc. Próbuję sprzedać ten dom, ale nikt nie chce go kupić. Poza tym obawiam się, że nawet gdy go sprzedam nie uzyskam pełnej kwoty do spłaty syna męża. Dziś jestem mu winna – zgodnie z wyrokiem sądu - jakieś 200 tysięcy złotych. Moje życie zamieniło się w koszmar… zupełnie nie wiem co robić, gdzie szukać pomocy…? – mówi kobieta.
Niezależnie od tego, za ile pani Grażyna sprzeda nieruchomość, syn zmarłego otrzyma okrągłą sumę wskazaną przez sąd, która być może nawet będzie stanowiła całość kwoty sprzedaży domu, a z całą pewnością będzie znacznie wyższa niż należna mu 1/4 spadku. O 3/4 swojej części spadku, spadkobierczyni może zapomnieć.
- Założyłam sprawę do sądu, bo chciałam synowi męża oddać cały ten majątek, tę nieruchomość. Tylko, że wówczas to on musiałby się ze mną rozliczyć. Nie przyjął tej propozycji, żąda ode mnie gotówki – wyjaśnia kobieta.

Pani Grażyna musiała się z domu męża wyprowadzić. Obecnie mieszka w Częstochowie w bloku, w mieszkaniu swojej matki.
- Mój świętej pamięci mąż mawiał: wychowałem syna najlepiej jak umiałem, dałem mu nazwisko, wykształcenie, mieszkanie na śląsku, a teraz gdy przyszedł na mnie czas, nie ma go przy mnie. Wiem, że mój mąż, dając mi dom, nie chciał źle. Po prostu nie przewidział, że ten spadek okaże się mnie przekleństwem – ze łzami w oczach puentuje swoją historię pani Grażyna.

Trudno dziś orzec, w którym momencie pani Grażyna popełniła błąd. Być może nie powinna była spadku przyjmować; nie wiadomo, czy sąd uwzględnił w masie spadkowej mieszkanie, które syn otrzymał od ojca; za ile ostatecznie uda się pani Grażynie dom sprzedać; czy rzeczywiście zostaną zachowane proporcje – dla syna zmarłego 1/4 dla spadkobierczyni 3/4?

Przykład pani Grażyny wcale nie jest odosobniony. Sądy zmagają się ze skonfliktowanymi o majątek po zmarłym, członkami rodziny. Nierzadko osoby żądające zachowku rujnują spadkobierców. Uporządkowanie swoich spraw przed śmiercią jest wyrazem prawdziwie szczerych uczuć względem bliskich, po to by po naszej śmierci nie musieli reszty życia spędzać w ławach sądowych.


Renata R. Kluczna

Komentarze (2)

18 maja 2016

Skandal to najłagodniejsze słowo jakim można określić decyzje sądu w Częstochowie.Sąd rozpatrując tę sprawę powinien zlecić wycenę nieruchomości biegłemu rzeczoznawcy,i dopiero na podstawie tej wyceny określić wysokość zachowku.


13 maja 2016

Tutaj nie syn jest s..synem- ale polski wymiar "sprawiedliwosci", ktory jest organizacja mafijna -sedziowie i adwokaci sprawy "uwalaja", .Jak stwierdzil herr tusk-sa rozgrzani sedziowie.Mam nadzieje , ze Min.Ziobro wezmie sie w koncu za ta bande


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama