7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

15 stycznia 2014

Katastrofizm na ćwierćwiecze

7 dni
„Znikające miasto” to świetny tytuł na film: taki Titanic, gdzie wszyscy długo i szczęśliwie umierając z łagodnym bulgotem bul, bul, bul... Katastrofizm może być rzeczą pozytywną, jako ostrzeżenie przed skutkami złego rządzenia. Jednak może także przynieść negatywy: zniechęcając ludzi do działań (po co, skoro i tak to wszystko diabli wezmą), lub przeciwnie – łudząc ich nieziszczalnymi mrzonkami, że same zmiany personalne rozwiążą problemy.
Pozwolę sobie zatem iść śladem pana Artura Sokołowskiego przeglądając kolejne punkty jego diagnozy.

Demografia
Liczba mieszkańców Częstochowy wynosiła na koniec 2011 r. 235 798 mieszkańców; w końcu 2010 - 238 042, w końcu 2008 – 240 612. Od ponad dziesięciu lat trwa proces zmniejszania się stanu ludności, wynikający z niekorzystnego połączenia dwóch zjawisk: ujemnego przyrostu demograficznego i odpływu migracyjnego. Z danych meldunkowych wynika, że w okresie 2006 - 2011 przybyło i zameldowało się w Częstochowie 9 856 osób, wymeldowało: 24 251. Największy odpływ migracyjny zauważalny był w wieku 35 - 40 lat oraz w grupie młodzieży 18 - 25 lat. Porównywalną do obecnej liczbę mieszkańców Częstochowa osiągnęła w roku 1980 (234 681 ); w 1975 r była miastem 200 - tysięcznym. Wzrost liczby mieszkańców trwał od 1946 r. do 1993, w szczytowym okresie w Częstochowie mieszkało 259 864 osoby. Poziom bliski 259 tys. mieszkańców utrzymywał się do 1997 r., potem nastąpił okres przyspieszonego zmniejszania. W ciągu ostatnich 12 lat Częstochowa straciła ok. 24 tys. mieszkańców.

Takie są fakty i jest to rzeczywiście obraz zastraszający. Częstochowa nie jest jednak wyjątkiem. Podobny kryzys demograficzny dotyczy zdecydowanej większości dużych polskich miast. W województwie śląskim podobne problemy przeżywają Katowice, Sosnowiec, Gliwice; pewnym wyjątkiem od reguły jest Bielsko-Biała. Odpływ migracyjny jest tylko jednym z czynników „kurczenia się” miast.  Poważniejsze skutki powoduje niski przyrost naturalny. Zastępowalność pokoleniowa wymaga utrzymania współczynnika dzietności nie mniejszego niż 2. W województwie śląskim ten współczynnik wynosi 1,255, w Częstochowie 1,169. Na tym samym poziomie jest dzietność w takich miastach jak Sosnowiec, Dąbrowa Górnicza, Bytom, Gliwice, Zabrze.

Moim zdaniem nie ma danych potwierdzających związek między wskaźnikiem przyrostu demograficznego a poziomem życia, jakością i dostępnością usług publicznych, lepszym lub gorszym zarządzaniem samorządem czy nawet materialnym wsparciem prorodzinności. Istnieje za to związek między statystyką urodzin a wskaźnikami wieku zawierania małżeństw oraz trwałości rodziny. W powiatach, gdzie jest wyższy przyrost naturalny, średni wiek zawierania małżeństw wynosi 25 - 27 lat; w dużych miasta 27 - 28,5. W dużych miastach są także wyższe od średniej wskaźniki rozwodów; niestety Częstochowa jest tu w niechlubnej czołówce.

W analizach społecznych trudno o jednoznaczne sądy; moim zdaniem jednak zjawisko niskiego przyrostu naturalnego jest pochodną przemian kulturowych. Nie jest możliwa zmiana negatywnych tendencji samymi bodźcami materialnymi.

Sytuacja gospodarcza
Bezsprzeczny jest fakt, że dobrze nie jest; innymi słowy poziom rozwoju gospodarczego jest daleki od poziomu naszych aspiracji. Ale przedstawiony w diagnozie obraz upadku przemysłu prowadzić nas może na manowce marzeń o przyszłości. Rozwój gospodarki nigdy i nigdzie nie ma wskaźnika liniowego (ciągły wzrost); jest to stała „twórcza destrukcja” (tak to określał Schumpeter), gdzie jedne formy zastępowane są innymi, bardziej innowacyjnymi. Upadek tradycyjnego przemysłu włókienniczego i hutniczego w Częstochowie był równie oczywisty, jak upadek włókiennictwa w Manchesterze czy przemysłu samochodowego w Detroit. Tempo tych zmian, jak już zauważyłem, nie jest satysfakcjonujące, ale też nie można go nie zauważyć. TRW, huta szkła „Guardian, Dospel, Stolzle, Fortum, a obecnie rozwój Nowej Koksowni Zarmenu; są to ewidentne znaki postępującej przemiany jednych organizmów gospodarczych w drugie. Poważną słabością jest pomijanie tego, bo błąd diagnostyczny prowadzić może do błędu strategicznego. Innymi słowy; poważnym niebezpieczeństwem byłaby desperacka obrona miejsc pracy w tradycyjnym przemyśle, bo ciężar tej obrony mógłby blokować wzrost nowych organizmów.

Zrozumiałe jest oczekiwanie od władzy politycznej, by prowadziła aktywną politykę gospodarczą.  Osobiście jednak zawsze będę przestrzegał: oczekiwania aktywności to wiara, że urzędnik wie lepiej co zrobić z pieniędzmi, niż przedsiębiorca, który owe pieniądze zarobił. Ponieważ ta wiara jest sprzeczna z logiką, efektem jej jest prowadzenie owcy na błonie manowców.

Utrata statusu miasta wojewódzkiego
Nieśmiało zauważę, że Częstochowa w swojej historii przechodziła gorsze nieszczęścia. Województwo częstochowskie istniało od 1975 r. do końca 1998, a więc 23 lata. My już 15 lat płaczemy po jego likwidacji... Pocieszyć się można, że inni mieli gorzej. Taki Sieradz... W 1975 r. był miastem porównywalnym z Wieluniem; dzięki ustanowieniu województwa stał się dwa razy większy od sąsiada. Teraz województwa sieradzkiego nie ma i Wieluń znów depcze po piętach. Że co, że my nie Sieradz (nie Sejny, Pułtusk, Piła, Słupsk, Chełm). Może nie, ale Bielsko-Biała lepiej sobie poradziła mimo utraty statusu województwa, a Gliwice, Tychy czy Rybnik też dają radę, mimo, że nigdy województwem nie były. Podkreślić jednak warto inne nieszczęście: jeśli dziś podróż komunikacją publiczną do Koniecpola trwa dłużej niż do Katowic, jeśli pociągiem nie można dojechać do Lublińca, jeśli nie ma żadnej komunikacji między Częstochową a Szczekocinami –  jest to ewidentnym świadectwem utraty regionotwórczej roli Częstochowy.     

Znikanie z Częstochowy miejskich elit
Tu w pełni się zgadzam, bo jakie elity takie społeczeństwo.
Niestety, znów mamy tu do czynienia ze zjawiskiem kulturowym, którego przezwyciężenie nie jest możliwe poprzez działania tylko w skali lokalnej. Określenie elity w przeszłości przechodziło najróżniejsze zmiany, proste przytoczenie przykładów przedwojennych pogłębić tylko może nasze frustracje. Nieszczęściem dziś jest mylenie elitarności z celebrytyzmem; efektem jest przyjmowanie jako wzorów postępowania postaci modnych, aczkolwiek nie zawsze mądrych (bokserów, piosenkarzy czy aktorów serialowych). Zanikło też pojęcie przywództwa, w sensie wyznaczania kierunków działania społecznego mocą posiadanego autorytetu. Różnica między wspólnotowością a tłumem polegała na świadomym przyjmowaniu pewnych norm moralnych, akceptowaniu swoistej hierarchii autorytetów, szacunku do fachowości i powiązaniu pozycji społecznej z wynikającymi z tego społecznymi obowiązkami. Dziś w imię wolności odrzucono autorytety, zasady moralne, naturalną hierarchię i samokontrole społeczności; w efekcie staliśmy się tłumem bezrozumnie błądzącym po świecie.
Zaznaczam tu jednak, że to moja opinia (podstarzałego, a więc skonserwatywnionego osobnika).

Faktem łatwym do udowodnienia jest niszczenie jakości życia publicznego poprzez upartyjnienie. Przed wojną radnymi decydowali się być ludzie, którzy osiągnęli już poważny dorobek w życiu zawodowym lub społecznym. Praca w Radzie traktowana była jako poszerzenie wykonywanych społecznie obowiązków, działań na rzecz wspólnoty. W tym sensie to nie wybór na radnego tworzył z mieszczan elitę; odwrotnie – to elita decydowała się na pracę w Radzie. Dziś nie jest to takie oczywiste.

Prawo ogranicza aktywność elit; z przytoczonych przez pana Sokołowskiego postaci dr. Wł. Biegańskiego,  Adolfa Frankego i Dominika Zbierskiego; żadna z nich w świetle obowiązującego prawa nie mogłaby być radnym (kierowali jednostką miejską lub robili z miastem interesy). To wykluczenie, pod pretekstem antykorupcji, nie tak zubaża Radę jak jej upartyjnienie. Dr. Biegański nie zdobyłby dziś mandatu do Rady startując jako solista; musiałby być wpisany na odpowiednią listę partyjną. Dzięki upartyjnieniu dominuje w radach miast zwarty ponadpartyjny układ „zawodowców”; ludzi traktujących służbę społeczną jako element materialnie kuszącej kariery. Charakterystyczny też tu jest podział pokoleniowy. Starsi radni (Zając z PO, Szczuka i Wolski z SLD, Nowakowski z PiS, Małagowski ze Wspólnoty) posiadają już określony dorobek, dla nich praca w Radzie jest poszerzeniem zakresu wypełnianych obowiązków społecznych. Dla młodych, polityka stała się drogą załatwiania dobrych stanowisk pracy, dodatkowych dochodów i wpływów.
Nie można wiązać tych negatywów z dorobkiem takiej czy innej ekipy lokalnej. Dominacja karierowiczów widoczna jest w każdej partii, bo formalny mechanizm funkcjonowania partii takiej dominacji sprzyja. W Jeziorze Rybnickim można hodować amury, ale nie pstrągi. W partiach wodzowskich, niezależnych materialnie od wyborców, hodować można tylko potakiewiczów - karierowiczów.

Z historii Częstochowy  wyczytać możemy, że zdrowa społeczność lokalna jest w stanie, obok lub nawet pomimo władzy formalnej, tworzyć własną hierarchię przywódczą. Dr Biegański nie był ani radnym ani prezydentem miasta, ale jego wpływ na działania wspólnoty był ogromny. Wystawa 1909 r. była przedsięwzięciem na wielką skalę, realizowaną przez lokalne elity na przekór władzy. Teatr Miejski, szpital na Zawodziu, wielki obiekt sportowy na ul. Pułaskiego – były to przykłady dokonań nie władzy, lecz społecznych komitetów lokalnej elity. Oczywiście nie ma dziś w Częstochowie takiego milionera filantropa, jakim był Henryk Markusfeld, ale gdyby policzyć rzetelnie zasoby materialne współczesnych lokalnych milionerów są one znacznie większe niż zasoby przedwojennych fundatorów teatru czy szpitala.

Samoistne kształtowanie przywództwa społecznego (autorytetu elit) może istnieć tylko w zdrowej społeczności. Nas to nie dotyczy. Powiedzmy otwarcie, problemem w Częstochowie nie jest władza, lecz społeczeństwo... W sensie politycznym nie jest ono wspólnotą, ale tłumem; nie potrzebuje autorytetów i mądrego przywództwa, lecz pasterzy mamiących obietnicami bujnych łąk.
Tylko kto w demokracji ma odwagę powiedzieć tak o swoich wyborcach, o swym suwerenie...?

Pozdrawiam pana Artura Sokołowskiego i wszystkich, którzy zdecydowali się na trud podjęcia debaty o mieście. Niech ich nie zrazi pesymizm starego człowieka.


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

15 stycznia 2014

1. „Ostrzeganie przed skutkami złego rządzenia” − wsparte danymi i faktami − to nie katastrofizm, to minimum uczciwości intelektualnej i zaangażowania tych, którzy „wiedzą”. To manifestacja sprzeciwu – przeciwieństwo akceptacji/braku reakcji − wobec przejawów szerzącego się zła w życiu publicznym i zmanipulowanej przestrzeni medialnej. 2. Jednak pewne minimum mentalnej sprawności, samodzielnego i krytycznego myślenia uczestników życia publicznego jest wstępnym warunkiem powodzenia debaty publicznej o dzisiaj i jutrze naszego miasta. 3. Nikt przytomny nie będzie oczekiwał, że same zmiany „ludzi u koryta” – bo na taką opinię „zapracowała” sobie „władza samorządowa” miasta − rozwiążą problemy miasta. Ale bez tych zmian nie ma żadnych szans na rozpoczęcie procesu regeneracji kapitałów rozwojowych miasta. 4. Skutki zapaści demograficznej Częstochowy dopiero przed nami. Wiele wskazuje, że nic nie zatrzyma dalszego ubytku mieszkańców w perspektywie najbliższych 20 lat – te prognozy znane są od lat. 5. Pisze pan „… powiedzmy otwarcie, problemem w Częstochowie nie jest władza, lecz społeczeństwo... W sensie politycznym nie jest ono wspólnotą, ale tłumem; nie potrzebuje autorytetów i mądrego przywództwa, lecz pasterzy mamiących obietnicami bujnych łąk”. Społeczność miasta – sądząc choćby po jego aktywności wyborczej i preferencjach politycznych − ciągle nie widzi związku przyczynowego-skutkowego między jakością swojego życia i poziomem usług publicznych i kompetencjami merytorycznymi radnych i przymiotami umysłu prezydenta. Wybiera bylejakość i „lewiznę”. Ale czy ma z czego wybierać? To nie „pasterze mamiący obietnicami bujnych łąk”, ci nie są najgorsi, to najzwyczajniej partyjna nomenklatura, bezradna wobec wyzwań, problemów i zagrożeń, bo słabo kumata. To nierzadko cwaniacy, którym służy klimat nic-nie-robienia, wyuczonej pozoracji i dbałości o swoje. Tylko niektóre miasta polskie mają „światłych”, choć niekoniecznie „przyzwoitych” do końca, prezydentów. I to daje jednak nadzieję.


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama