7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

09 grudnia 2013

FELIETON: Biegnij, Lola, biegnij

7 dni
Jeżeli człowiek ma zamiar zostać przedsiębiorcą, a do tego jest zachęcany ustami spragnionych podatków polityków, powinien wcześniej przeczytać kilkaset stron aktów prawnych wraz z tłumaczeniem, o co właściwie aktotwórcy chodzi. Poznanie materii jest sposobem, by zrozumieć dlaczego obraz przedsiębiorcy przypomina biegacza noszącego na plecach urzędnika dźgającego go ostrogami i dopingującego okrzykiem „go, Lola, go...”

Pierwszym zderzeniem rozumu z aktem (prawnym) jest tajemnica PKD. PKD wynika z rozporządzenia Rady Ministrów z 24.12.2007 r.  Praźródło PKD znajdziemy w powieściach o Muminkach, gdzie występował osobnik wierzący, że wszystko w przyrodzie da się opisać i zaszufladkować. Identyczna wiara towarzyszy twórcom prawa: każda działalność gospodarcza (każda aktywność człowieka) da się opisać, zaszufladkować, określić kodem. Chcesz z suszu więc wianki i sprzedawać na kiermaszu, nie ma problemu: wskażemy pięć kodów PKD odpowiadającego tej aktywności. Geniusz twórczy w tym wypadku zdolny jest do wszystkiego, wielka księga PKD jest tego świadectwem. Rejestrując działalność gospodarczą trzeba ją uważnie przeczytać i wpisywać wszelkie możliwe kody, bo w odróżnieniu od ministrów nie jesteśmy w stanie przewidzieć, na czym najlepiej zarabiać pieniądze.

Po co administracji taka wiedza, zawarta w zakodowanych informacjach o aktywności  podatników? Po nic. Ponieważ większość rejestrujących wpisuje całą gamę możliwych form działalności, analiza rejestru nie daje nawet przybliżonego obrazu „małej” polskiej gospodarki. Prawdopodobnie gdyby zastosowano „brzytwę Ockhama” i zredukowano kody do ogólnikowo określonych, szerszych form (np. handel detaliczny spożywczy, bez określenia czy się handluje jajkami czy mięsem) analiza informacji byłaby prostsza i przydatniejsza. Tak mamy akt, czyli dzieło twórcze powstaje ku samemu zadowoleniu twórcy.
Jeśli już zarejestrujemy się wpisując ogrom kodów, wejdziemy wówczas na ścieżkę drugiego rodzaju kodów. Rozporządzenie Ministra Finansów z 14.03.1013 r obowiązujące od 30 września jest przykładem jak absurd kodowania można rozwinąć w nieskończoną bzdurę. Pani w kiosku czy sklepiku osiedlowym ma obowiązek wbić w kasę fiskalna kod sprzedawanego towaru. Przed 30 wrześniem wymagało to korzystania ze ściągawki z ok 100 kodami (w małym sklepiku), teraz ta wielkość wzrosła do 500. Wynika to z pkt 6 paragrafu 8 ust 1 Rozporządzenia nakazującego na paragonie fiskalnym wpisać nazwę towaru lub usługi pozwalającego na ich jednoznaczną identyfikację. Nie wystarczy więc informacja na kwitku, że kupiliśmy chleb, musi być określenie czy to chleb baltonowski, razowy, pszenny, siaki taki, owaki wraz z rodzynkami... wpisane na miniaturowym kwitku w postaci nieczytelnego skrótu. Bolesna dla mózgu jest próba odgadnięcia: a po co?

Zdaniem MF – dla dobra konsumenta. Wiadomym jest, że słowem „dobro” można przykryć każde „g...”; a MF ma w tym wypadku urodę wilka podkreślającego, że celem jego działań jest dobro owieczek.

Urzędnik, za przeproszeniem, jest organizmem biologicznym stworzonym za pomocą przepisów. Jeśli siedzi na plecach przedsiębiorców, to nie z własnej woli lecz z polecenia aktotwórców, w tym mnożycieli kodowania rzeczywistości. Pozostaje zadać klasyczne pytanie: komu to służy i kto za tym stoi...


Jarosław Kapsa

Komentarze (0)

Brak komentarzy

Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama