7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

30 września 2013

Polemika: Częstochowa a Jasna Góra

Polemika: Częstochowa a Jasna Góra

7 dni
W ostatnim numerze Tygodnika 7dni opublikowaliśmy sondaż na temat stanowiska częstochowian w sprawie współpracy miasta Częstochowa z Jasną Górą.
Zachęcaliśmy naszych Czytelników do rozpoczęcia dyskusji o roli Jasnej Góry w mieści i odwrotnie, o korzyściach płynących z partnerstwa, o tym co zrobić żeby – przynajmniej jakaś część częstochowian – znalazła utrzymanie przy obsłudze pątników.
Mamy pierwszy sygnał.

Jasna Góra i miasto
Skoro redakcja zaprasza do polemiki na temat artykułu z „Newsweeka” o Jasnej Górze, pozwolę sobie zabrać głos, podkreślając jedynie, że nie wypowiadam się jako urzędnik samorządowy, ani jako (były) polityk lokalny, ani w imieniu tych bądź owych; jest to po prostu moja opinia: faceta urodzonego w Nowej Hucie k/Krakowa, mieszkającego w śródmieściu Częstochowy ponad 50 lat.
Zdumiewająco inspirujące są już pierwsze słowa tekstu z ogólnopolskiego tygodnika: „wejściówka – 10 zł, kiełbasa z grilla – 12 zł (...) poczucie, ze wsparłeś opiekujący się Jasną Górą zakon paulinów – bezcenne”. Zacząłem się nawet zastanawiać, od kiedy i gdzie sprzedają bilety na Jasną Górę oraz dlaczego ktoś kupuje drogą kiełbasę zamiast tańszych naleśników lub pierogów (mając bogaty wybór w kilkudziesięciu barach i restauracjach usytuowanych w promieniu 500 m od bram klasztoru). Refleksja nad tymi słowami jest jednak jałowa. Po prostu: tekst pisał człowiek, który w swoim życiu nigdy nie odwiedził Częstochowy, nie pisze więc o faktach rzeczywistych, lecz o swoim wyobrażeniu.
Cóż, jakie tygodniki, tacy dziennikarze; można dziś nie ruszając się zza warszawskiego biurka skompilować tekst o każdym miejscu, powielając istniejące stereotypy.

Wzajemnie można napisać podobnie o Warszawie: nie dość, żeśmy im wybudowali za 2 mld zł stadion, drugie tyle dołożyliśmy im do metra, kolei i dróg niezbędnych do obsługi takowego, to jeszcze te stołeczne ciućmoki nie mają pomysłu, jak na tym zarabiać, więc nadal musimy wykładać sporą kasę na utrzymanie tej zabawki.

Nie można jednak tego kierunku rozwijać. W przekonaniu ogółu to Warszawa ocenia i cywilizuje prowincję, a nie odwrotnie. Utrzymanie państwowych (narodowych) instytucji publicznych jest oczywistą oczywistością i obowiązkiem podatników. Możliwe więc jest tylko powielanie stereotypu: kler bogaci się kosztem społeczeństwa, Jasna Góra żeruje na Częstochowie. Stereotyp ten jest mocno osadzony w tradycji, wzmacniany propagandą z czasów zaborów, okupacji i PRL. Mając swoje lata pamiętam, jak w czasach, gdy mięso było na kartki, a za chlebem stały kilkusetmetrowe kolejki, żalono się, że pielgrzymi wykupują towary w częstochowskich sklepach. Boleśniej to frustrowało nastroje, niż współczesne żale, że pielgrzymi nie wykupują naszych towarów.

Tego typu sposób myślenia nawet nieboszczyk Marks nazwałby wulgarnym ekonomizmem. Jest to przykry dowód na to, że wielkomiejską lewicę cechuje anachronizm myślenia; trudno im wydostać się z ram określonych prymitywną XX - wieczną propagandą antyklerykalną. Przejawem tego anachronizmu jest nawet mimowolny zwrot: „opiekujący się Jasną Górą zakon paulinów”. Wynika z tego przekonanie, że zakon opiekuje się (z niewiadomego i tym bardziej nieuprawnionego powodu) Skarbem, którym powinno się opiekować się i eksploatować  państwo. Brzmi w tym socjalistyczne przekonanie, o konieczności zabrania z rąk prywatnych wszelkich cennych dóbr kultury, by – zarządzane przez urzędników – służyły masom pracującym. Takie przekonanie przyniosło kulturze narodowej większe straty niż  poniesione w czasie wojny.

Dość jednak uwag o świadomości warszawskiego dziennikarza. Rozmawiając o relacjach miasto - Jasna Góra, wypada zacząć od przypomnienia spraw oczywistych. Każde miasto jest inne, każde ma pewien nadany przez tradycje i geografię charakter. Warszawa nie będzie Krakowem, Kraków nie stanie się Gdańskiem. Częstochowa jest miastem z Jasną Górą, nie my tak ustaliliśmy i nie my jesteśmy uprawnieni by to zmieniać. Gdybyśmy nie mieli Jasnej Góry, bylibyśmy miastem podobnym do Radomia, z podobnymi problemami, szansami, wyzwaniami.

Jasna Góra nie jest jedną z atrakcji turystycznych miasta, jest (o czym świadczy formalna ranga Pomnika Historii nadana rozporządzeniem Prezydenta RP) obiektem o znaczeniu ogólnonarodowym. Z tego zaszczytnego tytułu wynika nie tylko honor dla miasta, lecz i pewne obowiązki. Nie dziwi nas i nie oburza ciężar ponoszony przez mieszkańców Oświęcimia, choćby w postaci istniejącej przy muzeum obozu zagłady strefy ochronnej, wykluczającej możliwości czerpania dochodów mieszkańców z obsługi przybywających tam turystów. Obowiązki Częstochowy wynikają nie tylko z samej lokalizacji Klasztoru Jasnogórskiego, ale z fenomenu pielgrzymkowego. Cóż, takie jest nasze miasto; Warszawa, jako stolica, też się musi godzić na okresowy napływ tłumów protestujących lub problemy powodowane przejazdami krajowych i zagranicznych oficjeli. Tradycję należy szanować, tym bardziej, że w Polsce jako jedynym państwie europejskim utrzymał się fenomen masowych pieszych pielgrzymek do Sanktuarium. Dla porównania, słynniejsza tradycja pielgrzymowania do Santiago de Compostella, została wielkim wysiłkiem, wspartym programem Unii Europejskich, odtworzona w latach 90-tych XX w. W odróżnieniu od Polski rząd Hiszpanii (nawet w czasach socjalisty Zapatero) wspierał i wspiera organizacyjnie i materialnie odrodzenie tradycji Dróg św. Jakuba.
Podkreślmy jednak raz jeszcze: Jasna Góra nie jest, nigdy nie była i nigdy nie będzie lokalną atrakcją turystyczną. Nie jest też tylko Miejscem Świętym, Sanktuarium katolickim. Jest miejscem, tak osadzonym w historii i tradycji narodowej, że stanowi istotny element współtworzący naszą, polską tożsamość. Tak jak wspólną, narodową troską jest dbałość o Zamek Królewski na Wawelu, tak i podobny szacunek należny jest Jasnej Górze.

Akcentuję tu znaczenie obowiązku, bo jeżdżąc po Polsce odczuwam boleśnie zaniedbania państwa w zakresie ochrony narodowego dziedzictwa kultury. Państwo wymaga, narzuca, w bardzo małym stopniu pomaga, rzeczywisty ciężar ochrony spoczywa na właścicielach zabytków. Z dumę mogę się szczycić, że nasz właściciel najcenniejszego obiektu zabytkowego wzorcowo wypełnia swoje obowiązki. Z radością oprowadzam znajomych po odrestaurowanej Bazylice (jednym z najwspanialszych przykładów sztuki barokowej w Polsce), pokazuję zaadoptowane na muzeum wnętrza bastionu św. Rocha, inne zadbane i odnowione miejsca. Tu widać naocznie: nie marnuje się datków od ludzi, ani pomocy pozyskiwanej z innych źródeł.

Czy Częstochowa może zarabiać na Jasnej Górze? Takie pytanie jest pozbawione sensu. Częstochowa? To znaczy kto lub co? Częstochowa jako gmina samorządowa czy Częstochowa jako społeczność mieszkańców? Przytomność umysłu naszych prawodawców ograniczyła możliwości prowadzenia działalności gospodarczej przez gminy. Gmina, na szczęście, nie może konkurować o wpływy z konsumenta prowadząc restauracje, hotel czy kiosk z pamiątkami. Na ewentualnej obsłudze ruchu pielgrzymkowego zarabiać mogą mieszkańcy. Częstochowa jest zbyt dużym miastem, nie tak jak Lourdes czy Loreto, by usługi turystyczne zapewniły byt ogółowi. Wbrew jednak ogólnikowym opiniom Jasna Góra, jako centrum pielgrzymkowe, generuje kilka tysięcy miejsc pracy. Tworzy je bezpośrednio zatrudniając pracowników przy pracach renowacyjnych lub w prowadzonych przez zakon formach usług; tworzy je także pośrednio, widzimy to w postaci restauracji na ul. Wieluńskiej, sklepów na 7 Kamienic, kramów na św. Barbary... Ponieważ naturalnym zjawiskiem na każdym rynku jest konkurencja, równie naturalne są zarzuty restauratorów czy handlowców, że tracą przez rywalizację z Klasztorem. Ale ile by zyskiwali, gdyby Jasnej Góry nie było?

Oczywiście, i tu się odzywa moja dusza drobnomieszczańska, też bym chciał by jak najwięcej pieniędzy zostawało w mieście (w sklepach, hotelach, punktach usługowych). Nie wierzę jednak w drogi na skróty, w cudowne recepty, w załatwianie „na kolanach” lub „nie na kolanach” by pielgrzymi masowo ruszyli na zakupy do miasta. Handel w śródmieściu upada, nie przez Jasną Górę, lecz przez konkurencje Galerii Jurajskiej. Potrzebne są pomysły i działania by przywrócić atrakcyjność Alei w pierwszym rzędzie dla mieszkańców Częstochowy, bo bez tego pielgrzym tak jak i częstochowiak pojedzie do Galerii. Czy tego rodzaju działania są prowadzone i czy są skuteczne, wolałbym się nie wypowiadać...

Miasto, jako władza samorządowej gminy, nie musi troszczyć się o wzrost turystycznych atrakcji. Przykład prywatnej inicjatywy tworzącej Park Miniatur na Złotej Górze, skonfrontowany z totalną nieumiejętnością  zagospodarowania należącego do Miasta Parku Lisiniec, świadczy, że i w tej sferze indywidualna przedsiębiorczość wygrywa z urzędem. Miasto, przede wszystkim, powinno wypełniać swoje ustawowe obowiązki, dbać o wzrost jakości życia swoich mieszkańców.  Jak częstochowiacy polubią swoje miasto, jak uznają, że im się tu dobrze żyje; to i turyści oraz pielgrzymi będą podzielać to uczucie. Na razie jednak jest tak, że jesteśmy miastem nie lubianym przez mieszkańców (pod tym względem bijemy na głowę każde inne duże miasto). Przepraszam za porównanie: jesteśmy jak kelner, który nie znosi swojej knajpy, jej właściciela, smaku i zapachu podawanych tu potraw, a ma przekonać klienta do zjedzenia schabowego... Żaden chwyt reklamowy nie zasłoni nam ponurego oblicza takiego kelnera.

Nie musimy przejmować się płytką krytyka warszawskiego mądroska. Nie musimy karmić swoich kompleksów utwierdzając się stereotypem, że kler się tuczy naszym kosztem. Nie musimy być jak aborygeni z wsi popegeerowskich pijący od  20 lat, w tęsknocie za „rajem utraconym”. Nie zmieni się rzeczywistości, jeśli ograniczamy swój wysiłek do szukania „onych – winnych wszelkiego zła”.
Zmiany zacznijmy od siebie, polubmy Częstochowę, taką jaka jest, z Jasną Górą i pielgrzymami,  pomyślmy co zrobić by się tu żyło lepiej... i realizujmy swoje marzenia.


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

30 września 2013

Im większe będzie zaangażowanie polityczne „Jasnej Góry” w bieżące „walki partyjne” o władzę, tym większa będzie „reakcja” środowisk antyklerykalnych, a ściślej postpezetpeerowskich, mających w Częstochowie ciągle jeszcze swoich, często zapiekłych, licznych wyznawców. A i środowiska czy jednostki usposobione „laicko” i antydogmatycznie będą omijały Jasna Górę-instytucję szerokim łukiem. W takim klimacie ustawicznej walki, często z urojonym wrogiem, nie ma co marzyć o budowie w naszym mieście obywatelskiej wspólnoty na fundamencie wielostronnego wzajemnego zaufania i szacunku. Nie ma mowy o godzeniu partykularnych interesów w imię nadrzędnego tzw. interesu publicznego. Śmieszno, straszno i nudno. I pomyśleć, że tak dobrze się zaczynało. Jeszcze w 1946, jest taka stara fotografia, Bolesław Bierut (1944-1947 prezydent KRN, 1947-1952 prezydent RP, 1952-1954 prezes Rady Ministrów PRL, 1954-56 I sekretarz KC PZPR) i towarzysze z rządu w czasie święcenia nowo otwartego mostu Poniatowskiego, 22 lipca 1946 r.


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama