7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

21 stycznia 2013

NASZE HITY I MITY: Mesjanizm i racjonalizm

7 dni
Powstanie 1863 doprowadziło do „kopernikańskiej” zmiany świadomości elit społecznych. Katastrofa otwarła drogę do krytycznej analizy naszych dziejów, a ta stała się początkiem realistycznego pojmowania polityki. Zmiana ta, oczywiście, nie była wszechogarniająca. Nadal w myśleniu o zbiorowości pojawia się obok realizmu wątek romantycznego mesjanizmu.

Czytając głosy w dyskusji o Powstaniu Styczniowym, odruchowo wręcz dostrzegamy podobieństwo z debatą o Powstaniu Warszawskim. Podobieństwo uderzające nawet w tym, że surowy osąd zwykle padał ze strony uczestników powstania, a słowa obrony – z ust przedstawicieli pokolenia wychowanych na powstańczych grobach. Miejmy więc taką analogię w tyle głowy, przyjmując obchodzoną 150. rocznicę powstania jako pamięć o cezurze między mesjanizmem a realizmem.
Mesjanizm widział Polskę jako Chrystusa Narodów, męczeństwo narodu i państwa przynieść miało zbawienie Europie. Gdybyśmy nawet odrzucili owe nadprzyrodzone treści, podstawę myślenia mesjanistycznego znajdziemy w pięknej pieśni – „Warszawiance”: „Powstań Polsko... Dziś twój tryumf albo zgon”. Ten wybór był prosty: albo zwyciężyć, uzyskując wolność, albo zginąć, bo żyć w niewoli było rzeczą niegodną Polaka.
Odpowiedzią na tego typu myślenie były słowa napisane przez krakowskiego konserwatystę (uczestnika Powstania Styczniowego) Stanisława Koźmiana w książce „Rzecz o roku 1863” (Kraków 1895): „Wytworzyła się w Polsce teoria, która twierdzi, że wszystkie przedsięwzięcia bezrozumne, szalone nawet, chociaż samobójcze, potrzebne były i będą, aby odradzać ducha publicznego i że bez nich w pewnym przeciągu czasu, znikłoby nawet przywiązanie do bytu narodowego, a z nim i tenże. Jest to teoria, która stawia w innej nieco formie powyższy dylemat i która czyni polskie zadanie nierozwiązalnym. Gdyby naród polski nie mógł inaczej spełnić swojego powołania jak goniąc za swoją zgubą, to z góry rzecz byłaby przesądzona i jego przyszłością byłaby zagłada. Ale skoro nie zatracił poczucia własnej konserwacji, musi ono powstać i stwierdzić się odsunięciem dylematu bez wyjścia i uczynieniem polskiego zadania rozwiązalnym. Rozum zaś i wola od tego są, aby złym i zgubnym nawykom koniec położyć”. Mniej więcej podobny był ton wypowiedzi Romana Dmowskiego w „Myślach nowoczesnego Polaka”, gdy uważał, że tekst „Warszawianki” obraża jego zmysł moralny. Bytu Polski – zdaniem twórcy idei narodowej – ryzykować nie wolno ani jednostce, ani organizacji, ani nawet całemu pokoleniu: „Człowiek, który ryzykuje byt narodu, jest jak gracz, który siada do zielonego stołu z cudzymi pieniędzmi”.
Słowa niewątpliwie słuszne, w dodatku argumentowane wydarzeniami, których katastrofalny efekt był widoczny i gorzko odczuwalny. Można i należy tu jednak usprawiedliwiać sprawców i łagodzić ton oskarżenia. Słowa poezji były tylko słowami. Nikt, decydując się na czyn wywołujący Powstanie Styczniowe czy Powstanie Warszawskie, nie stawiał w hazard bytu całego narodu. Może grzeszył nadmiernym optymizmem w ocenie szans, może nie doszacował liczby ofiar, ale nie był szaleńcem rzucającym na stos wszystkich Polaków.
Życie ludzie ma w polityce wymierną wartość. Wojna była normalnym narzędziem, a to wymagało umiejętności podejmowania decyzji o poświęceniu życia walczących. Taki był ich zawód, być może więc racje miał Fryderyk Wielki, poganiając kijkiem swoich grenadierów wprost pod ostrzał armat, wrzeszcząc przy tym: „co wy s...syny, myślicie, że jesteście nieśmiertelni?!”. Wymierna wartość życia sprowadzała strategię i taktykę do ekonomicznego rachunku: wojnę wygrywał ten, kto zniszczył żywe zasoby wroga. Symboliczna dla Polaków szarża  w wąwozie Samosierry była wynikiem prostego rachunku: taniej jest poświecić życie 100 szwoleżerów zamiast 1000 piechurów (a tyle by zginęło, gdyby pozycje hiszpańskie przyszło zdobywać w klasyczny sposób). Dla Polaków Samosierra rodzić może inne pytanie: a po jaką cholerę tam zginął choć jeden nasz szwoleżer, w tej kolonialnej wojnie, w której Polska nie miała żądnego interesu? Ten pierwszy rachunek należy do zagadnienia z gatunku wojskowej taktyki, ten drugi dotyczy polityki...
To politycy, nie generałowie, decydują o wartości poświęconego na wojnie życia. To jest oczywista zasada dla każdego cywilizowanego państwa. Od polityków oczekujemy więc realizmu, przezorności i roztropności.
A co w sytuacji, gdy brak własnego suwerennego państwa oznacza brak możliwości wyboru polityków decydujących o losach zbiorowości? Brak suwerenności oznacza, że polską krwią może  szafować ktoś inny, przywódca obcego państwa. Dyktat Napoleona przyjęliśmy dobrowolnie; ale w tej samej napoleońskiej epoce Polacy ginęli także w szeregach wojska pruskiego, austriackiego i rosyjskiego. Zarzucając szaleństwo Piłsudskiemu, który chciał w 1914 r. rozpocząć powstanie, rzucając polską krew na szalę zwycięstwa państw centralnych – Niemiec i Austro-Wegier, pamiętajmy, że pod przymusem w szeregach zaborców w czasie I wojny światowej walczyło i ginęło za obcą im sprawę 1,5 mln Polaków. Zadać też można pytanie, czy Powstanie Styczniowe wybuchło jako reakcja na „brankę” do wojska, czy w tym wypadku decyzja ta nie ratowała narodu  przed szafowaniem polską krwią w obcej nam sprawie, w wojnach na Kaukazie czy na Bałkanach. W katastrofie, za jaką uważano Powstanie Styczniowe, zginęło 30 tys. polskich żołnierzy. W wojnie rosyjsko-tureckiej w 1878 poległo blisko 40 tys. żołnierzy rosyjskich, a ilu wśród nich było polskiej narodowości?
A więc uzasadnionym jest – w przypadku braku suwerenności państwowej, gdy brak jest możliwości  uzyskania demokratycznej legitymacji – przejęcie przez jednostki lub organizacje prawa decydowania o zbiorowości, w tym także o ofierze życia ludzi walczących o dobro tej zbiorowości. W takim wypadku odpowiedzialność tych polityków jest jedynie „przed Bogiem i historią”. Nie jest to lżejszy ciężar odpowiedzialności dla ludzi uczciwych niż odpowiedzialność polityczna, karna czy cywilna  przewidziana w konstytucjach cywilizowanych państw.  Rzecz w tym, by tę odpowiedzialność przejmowały elity, kierujące się rozsądkiem, a nie romantycy nie potrafiący (lub nie chcący) rachować sił.
Warto stale i na nowo odczytywać słowa krakowskiego konserwatysty: „Wewnętrznym powodem powstania spisku był zwiastujący chorobliwy stan społeczeństwa brak zaufania i uszanowania niższych dla wyższych, młodszych dla starszych, kierowanych dla kierujących; usprawiedliwiony tym może, że zachowanie się podczas tych wypadków wyższych, starszych i kierujących nie tylko umożliwiło powstanie spisku, ale co najważniejsze ułatwiło jego wzrost, wzmogło się i pozwoliło mu przystąpić do zgubnego przedsięwzięcia; że było abdykacją bez oporu i walki (…). Polityka jest rzeczą prostą, czasem tylko daleko sięgającą. Na tym właśnie polega głównie, aby umieć rozróżnić i dostrzec, kiedy i jak daleko ma sięgnąć. Wymaga zawsze umysłów niezamąconych, charakterów wielkich. W umysłach polskich podczas wypadków 1860-1863 r. powstał zamęt; europejscy mężowie stanu, którym przyszło wśród nich działać, powodowali się drobnymi względami, bo nie było między nimi wyższych charakterów. Skutek też był nad wszelki wyraz nikczemny, sromotny, sprzeczny zarówno z prostymi zasadami, jak z daleko sięgającymi celami rozumnej polityki. Skutek ten nie był zemstą bogów, lecz ludzi nad samymi sobą; ludzie zawinili, ludzie sprowadzili karę błędami swoimi (…). W Polsce uczucie patriotyczne więcej jest żywe niż silne, dlatego nie umiało nigdy ochronić się od gorączki lub upadku ducha, od porywów i złudzeń lub bezczynności i rozpaczy, dlatego równowagi politycznej utrzymać nie mogło. Szlachta polska tak ciężko zawiniła w przeszłości wobec państwa polskiego, że gdy to upadło, a powstała sprawa polska, trwogą przejmowała ją myśl, aby posądzona być mogła o obojętność dla niej i brak ofiarności. Było to uczucie szlachetne, ale z ujemnych płynące pobudek, tym samym do ujemnych prowadzące skutków, jak każda chęć naprawy i pokuty, przeistaczało się bowiem nieraz w niebezpieczne przesady. Z potwornej organizacji arystokratyczno-demokratycznej pozostał zwyczaj, który dawniej był koniecznością, zaskarbiania sobie głosów i jednania tłumów, przemienił się on w bezmierną żądzę popularności, co wytworzyło w jednostkach tchórzostwo polityczne i ogólny brak odwagi cywilnej; stąd zbywało na stanowczym, stałym zdaniu i przyszło do tego, że w Polsce więcej było takich, co poświęcali przekonania dla wziętości niż wziętość dla przekonania”.
Owe gorzkie słowa wykraczają poza stereotypowe postrzeganie konfliktu mesjanizm-realizm. Pokazują, że nie idea, ale zwykły populizm, żądza popularności, triumf głupoty nad mądrością prowadzą do narodowych nieszczęść. Dodajmy tu jeszcze jeden cytat z książki Koźmiana: „Wszędzie i zawsze byli ludzie, którzy patriotyzmu używali do swoich celów, własny hymn na nucie patriotycznej radzi zaśpiewać. W Polsce weszło w zwyczaj używać nieraz z umysłu, czasem bezwiednie, patriotyzmu jako podnóżka, jako środka wzięcia lub chwilowego powodzenia, często z krzywdą rzeczy publicznej i narodowej, zbyt często z bezwzględną niewstrzemięźliwością w czynach i słowach, na placu publicznym i w radzie, w mowach i w teatrze”. Populizm ma często zabarwienie patriotyczne, słowa o miłości Ojczyzny są formą  szantażu, wymuszającego na ludziach rezygnację z rozsądku. Czy te słowa brzmią aktualnie tylko w odniesieniu do Powstania Styczniowego; a może dotyczą także tych, którzy hucznie, barwnie, a bezrefleksyjnie rocznicę powstania świętują...


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

21 stycznia 2013

1. Pożyteczne przypomnienie myśli kontrowersyjnego konserwatysty Stanisława Koźmiana i nawiązanie do dzisiejszego populizmu "prawdziwych" patriotów, wypranego z historycznej, krytycznej refleksji. 2. Jak wynika z ostatnich badań opinii TNS: 31 proc. Polaków wie, że powstanie styczniowe było w XIX wieku, ale tylko 19 proc. potrafi podać datę: 1863 r. lub 1864 r. 63 proc. na pytanie: kiedy było powstanie odpowiada, że nie wie. 3. Nowe generacje w swej pysze, lenistwie i głupocie nie interesują się naszą historią i lekcjami z niej płynącymi; dzisiejsze "elity władzy" prześcigają się w prostactwie myśli czy raczej haseł i słownych zbitek bez większego sensu i znaczenia; zapominają, że jedną z największych wad Polaków jest ciągłe zaprzeczanie polityce państwowej i pesymizm - "...on zwykle pokrywa samolubstwo, jest wymówką dla obojętności w następstwie bezczynności, a nam należy być zawsze czynnymi kiedykolwiek, gdy nowy nas dotknie zawód, ale rozumnie czynnymi".


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama