7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

27 grudnia 2012

NASZE HITY I MITY: Katastrofa przed Gibraltarem

7 dni
Pisząc o historii, myślimy o współczesnym odbiorcy. Nie można  więc uniknąć  budowania analogii, w ten czy inny sposób odczytywanych przez Czytelnika. Piszemy o lipcowej tragedii w 1943 r w Gibraltarze, a w odbiorze „Liberator” zmienia się w „Tu-146”, zamiast fal morza mamy brzozy pod Smoleńskiem... Nie dziwmy się sporom i hipotezom „smoleńskim”; podobnie od blisko 70 lat dzielą nas dyskusje o przyczynach śmierci premiera generała Władysława Sikorskiego.

Nie da się przeciąć sporu, który obrósł mitologią. Nie pomoże śledztwo IPN, tak jak nie pomogły liczne inne śledztwa i opracowania historyczne. Zainteresowanych mogę odesłać do literatury, w tym tak sugestywnej jak książki Davida Irvinga czy Tadeusza Kisielewskiego. Inni czerpać będą wiedzę z filmów, z artykułów prasowych, z tysięcy dyskusji na forach internetowych. Kto wierzy w zamach, znajdzie setki hipotez potwierdzających to przypuszczenie. Kto uznaje śmierć generała za nieszczęśliwy wypadek, też znajdzie potwierdzające dowody.
Brzmi to absurdalnie, ale pierwsze  hipotezy o zamachu przestawiała propaganda Goebbelsa, chcąc świadomie podsycać spory emigracyjne. Potem o współudział w organizacji zamachu komunistyczne UB oskarżało skazanego w 1949 r. na śmierć działacza narodowego Adama Doboszyńskiego...
Tragedia uwzniośla ofiarę, tworzy mit bohaterskiej śmierci. Nie łatwo przyjmujemy do wiadomości, że śmierć nie jest ukoronowaniem, że to życie nadaje sens śmierci, nigdy odwrotnie. Kult śmierci bohaterskiej może prowadzić do nieszczęść. Powtórzę to, co pisałem o Rydzu-Śmigłym – gdyby on jako Wódz Naczelny popełnił w Kutach samobójstwo, byłaby to nieodpowiedzialność. Nie jest też bohaterem, lecz raczej zbrodniarzem, dowódca wysyłający swoich żołnierzy na pewną śmierć, bez względu na to, jakie racje ideowe za tym przemawiają.
Niestety, nasza kultura narodowa budowana jest na obrazach  bohaterskich zgonów: Żółkiewski pod Cecorą, Poniatowski pod Lipskiem, młodzieńczy Władysław Jagiellończyk pod Warną, Sowiński na Woli, Traugutt przed plutonem egzekucyjnym na Cytadeli, ks. Skorupko pod Radzyminem... Pisząc o Sikorskim, ręka nasza drży pod naporem narodowej tradycji; jak krytykować bohatera, który bohatersko  zginął... I od tego punktu zaczyna się myślenie mitologiczne: jakby nie zginął, zabity przez podstępnego wroga, to losy wojny dla Polski inaczej by się potoczyły.
Otóż, nie! Tego nie da się udowodnić. Można z pewną, choć znikomą dozą prawdopodobieństwa  przyjąć tezę o zamachu w Gibraltarze. Wojna jest wojną, zamach na dowódcę wrogich wojsk mieści się w logice strategicznej. Zamach, choć wymagający wyjątkowego wysiłku organizacyjnego i finansowego, a przy tym nieprawdopodobnego szczęścia, był możliwy. Znacznie trudniej byłoby tak umiejętnie zatrzeć wszelkie ślady, by nawet po 70 latach nie ujawnił się żaden dowód, wskazujący sprawcę. Nie można jednak wykluczyć tej teorii. Ale ta śmierć, bez względu na przyczynę, nie mogła odwrócić tragicznych kolei polskiego losu.
Bohaterami historii są ludzie, tak jak wszyscy obarczeni zaletami i wadami. Los postawił generała Sikorskiego w obliczu wyzwań, którym trudno byłoby sprostać największym geniuszom. W czasie I wojny światowej o losach naszego kraju zdecydowała zjednoczona wielkość wybitnych polityków: Piłsudskiego i Dmowskiego. Ale wątpliwym jest, by ten połączony potencjał przyniósł równie dobry efekt w czasie II wojny światowej.
Generał Sikorski był niewątpliwie dobry żołnierzem, świetnym dowódcą liniowym i równie dobrym organizatorem-sztabowcem. Znacznie ułomniejsze  były jego umiejętności polityczne; wojskowe cnoty, wydawanie lub wykonywanie rozkazów rzadko sprawdzają się w życiu politycznym. W dodatku generała cechowała typowa dla polityków  (tak przeszłych, jak i współczesnych) przywara egotyzmu, powodująca głębokie kompleksy niedowartościowania. Niewątpliwie stratą dla Polski było niewykorzystanie jego zdolności w służbie państwowej po maju 1926 r. To odsunięcie, zepchniecie na margines ambitnego człowieka, skutkowało jego postawą w latach wojny. Przejmując 30 września 1939 r. pełną władzę i pełną odpowiedzialność za los Rzeczpospolitej, nie tylko nie przezwyciężył swoich kompleksów, ale co gorsza – podporządkował im swoją politykę. Jako Premier RP, Naczelny Wódz dzierżący w jednej swojej ręce tekę ministra wojny, spraw zagranicznych i spraw wewnętrznych, więcej swej uwagi  przykładał „walce z sanacją” niż wojnie z zagrożeniem niemieckim i sowieckim.
Nawet dziś mamy poczucie niesmaku, czytając protokoły z posiedzeń rządu emigracyjnego. Obsesyjna nieufność wobec ludzi związanych z Piłsudskim, nawet jeśli wielokrotnie okazali dowody lojalności wobec osoby Sikorskiego (gen. Kazimierz Sosnowski, minister Edward Raczyński), a z drugiej bezkrytyczna wiara w podpowiedzi osób, tego typu jak agent sowiecki Stefan Litauer czy Józef Rettinger (ta barwna postać nie była agentem sowieckim, lecz komu on służył, to pewnie nawet on sam nie wiedział). W dodatku wyjątkowa drażliwość generała na punkcie własnego ego, nienawiść do krytyków, sięganie do wszelkich metod tłumienia opozycji. Pod tym względem  Sikorski był rzeczywistym epigonem Piłsudskiego. Nie na tym jednak polegał problem. Współczesne stosunki miedzy PO a PiS mogą mieć kształt bardziej lub mniej cywilizowany; w  niewielkim stopniu wpłynie to bezpieczeństwo zewnętrzne Polski. Po 1939 r. Rzeczpospolita walczyła o przeżycie, tu szczególną rolę odgrywała potrzeba jedności, rozumianej nie jako lojalność wobec tego czy innego rządu, lecz lojalność wobec wspólnie akceptowanej racji stanu. Cena za walkę z sanacją była wymierna, oznaczała osłabienie pozycji polskiego rządu wobec aliantów.
Sikorski został premierem w wyniku swoistego zamachu stanu, przeprowadzonego z pomocą rządu francuskiego. Doprowadzono do internowania legalnych władz II RP w Rumunii; mianowanie Sikorskiego wynikało z ultimatywnego stanowiska, że rząd francuski nie uzna innej osoby. Ta forma już od początku sytuowała nowy rząd polski na pozycji ubezwłasnowolnionego satelity. Efektem tego był brak możliwości zadbania o interes polski w czasie kampanii niemiecko-francuskiej. Odtworzona armia polska została rozrzucona po różnych jednostkach francuskich, uniemożliwiono podporządkowanie jej jednolitemu dowództwu. Zmarnowano siły polskie, walcząc do końca za państwo, za które nie chcieli ginąć jego obywatele. Brytyjski Korpus Ewakuacyjny, widząc perspektywę przegranej, zdołano ewakuować z Dunkierki (339 tys. ludzi ze sprzętem wojskowym). Z blisko 100-tysięcznej armii polskiej ewakuowano jedynie 38 tys. żołnierzy.  Bezsensownie stracono Brygadę Strzelców Podhalańskich, sprawdzoną w bitwie o Narwik; zamiast 8 czerwca, po wycofaniu z Norwegii, (cztery dni po zakończeniu ewakuacji z Dunkierki) skierować ją  do portu angielskiego, wysłano ją do Bretanii. Spektakularną porażką była utrata polskiego złota z banku narodowego. Złoto – 8 ton wartości ówczesnych 87 mln. dolarów (ok 1 mld. współczesnych); cudem ocalałe, przewiezione przez Adama Koca i Ignacego Matuszewskiego do Francji; pozostało w rękach reżimu gen. Petaina (zbyt późno zdecydowano o dalszej ewakuacji, wywiezione je do fortu we francuskim Dakarze). Błędy popełnione przez gen. Sikorskiego były porównywalne przynajmniej do „niesławy” Rydza Śmigłego w kampanii 1939 r. To, że nie utracił stanowiska premiera i Naczelnego Wodza zawdzięczał generał osobistej interwencji Churchilla. Ale za tą pomoc przyszło mu, jak to w polityce, zapłacić wysoką cenę. 
Sojusz ma wartość, jeśli dysponuje się nie tylko racją moralną, ale i siłą. Po klęsce francuskiej rząd Sikorskiego był wasalem Wlk. Brytanii. A ta także walczyła o przeżycie. Nie można zarzucać Churchillowi, że w czerwcu 1941 r. gotów był poświecić interes Polski, by tylko zyskać sojusz z ZSRR. Pakt Majski-Sikorski z 30 lipca 1941 r. był wymuszony na polskim premierze  przez Anglików. Treść tego układu dopuszczała utratę przez Polskę kresów wschodnich; niefortunny zapis  o „amnestiowaniu” uwięzionych przez Sowietów Polaków usprawiedliwiał na forum międzynarodowym  zbrodnie i czystki etniczne prowadzone przez okupanta po 1939 r. Oczywiście, ten układ przynosił też wymierny zysk, ocalenie 100 tys. Polaków przez utworzenie armii gen. Andersa. Jest pytaniem otwartym, o wadze zasadniczej, czy gdyby Sikorski zdobył się po czerwcu 1941 r. na inną  politykę, mógłby zyskać więcej.
W 1941 r. wojska niemieckie zagrażały Moskwie, pomoc aliantów (uzbrojenie, sprzęt, środki materialne) była decydującym czynnikiem, ratujących ZSRR przed klęska. Do Stalingradu były więc mocne karty, można było dyktować stawkę. Można było w obronie polskich racji mobilizować opinie społeczną, można było korzystać z nacisku polskich wyborców w Stanach Zjednoczonych. Sikorski nawet nie próbował sięgnąć do tego typu metod.  Przeciwnie, świadomie ukrywał przed polską opinią publiczną niekorzystne fakty w stosunkach z Sowietami. W trakcie trzech swoich podróży do Stanów Zjednoczonych, ani razu nie próbował zmobilizować amerykańskiej Polonii do  wspólnych działań na rzecz Rzeczpospolitej; zadowalał się niewiążącymi ogólnikami w wypowiedziach Roosevelta. Nie zdobył się na wyjście z roli lojalnego wasala. Los Polski przesądzony został przed tragedią w Gibraltarze. W 1943 r. generał Sikorski mógł bezsilnie oglądać bankructwo swojej polityki.
W styczniu 1943 r. Stalin wprowadził tzw „paszportyzację”, uznając wszystkich polskich mieszkańców Kresów za obywateli ZSRR. Oznaczało to de facto milczące (ze strony aliantów) uznanie linii Curzona za przyszłą granicę Polski, tym samym utratę 1/3 terytorium przedwojennego państwa. W kwietniu 1943 Niemcy propagandowo nagłośnili odkrycie masowego grobu pomordowanych w Katyniu. Sikorski w tym wypadku uczynił to, czego od niego oczekiwali nie tylko Polacy; to, co musiałby uczynić każdy premier każdego rządu: zwrócił się do neutralnej, obdarzonej międzynarodowym autorytetem instytucji, do Czerwonego Krzyża, o pomoc w wyjaśnieniu odpowiedzialności za zbrodnie. Odpowiedzią ze strony Sowietów było zerwanie stosunków dyplomatycznych z rządem polskim, milcząco zaakceptowane przez aliantów. Podobnym milczeniem zareagowali sojusznicy na tworzenie przez Stalina swojego „marionetkowego” rządu dla Polaków.  W pierwszej połowie 1943 r. zdecydowano także o wyborze strategii otwarcia II frontu w Europie. W interesie Polski leżał plan Churchilla, atak z Afryki na Bałkany. Polska dyplomacja otrzymywała pozytywne sygnał: rząd rumuński przekazał, że nie będzie bronił swoich wybrzeży czarnomorskich przed desantem alianckim, wolę zmiany sojuszy wyrazili także Węgrzy. Rezygnacja z desantu na Bałkanach, wybór trudniejszego do realizacji kierunku włoskiego, był wynikiem nacisku Stalina na Roosevelta. Prezydent USA zaakceptował podział Europy, pozostawiając Bałkany i Polskę w sowieckiej strefie wpływów.
Ostatnia podróż generała musiała być pełna goryczy. Spotykał się z żołnierzami, cudem uratowanymi z sowieckich łagrów, wiedząc, że oni już utracili wolność swojej „małej” kresowej  Ojczyzny.
Czy byłby w stanie zmienić losy historii, gdyby nie zginął w Gibraltarze ? Nie. Z całą pewnością  - nie. I nie było już polityka, którego geniusz byłby silniejszy od pisanej „tragedii greckiej”. Może tylko (i aż tyle) jego polityka byłaby mądrzejsza od polityki następcy – Stanisława Mikołajczyka. Bo i też trudno sobie wyobrazić politykę gorszą.
Śmierć bywa błogosławieństwem przegranych polityków. Śmierć opromieniła gen. Sikorskiego koroną sławy; nie musiał na starość przeżuwając gorzki smak porażki, wegetować w nędzy, dorabiając jako barman (gen. Stanisław Maczek) czy robotnik fizyczny ( gen. Kazimierz Sosnowski).


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

27 grudnia 2012

À propos śmierci, dzisiejsza egzegeza tomiku wierszy jednego z tysięcy współcześnie piszących uważających się za poetów, poczyniona przez inną piszącą paranoję: " ... Ten tom wierszy powstał z tragedii smoleńskiej, z połączenia tragedii smoleńskiej z innymi tragediami. Powstał ze spojrzenia jednoczesnego, jakie tylko w poezji może się udać, na tę katastrofę i na tragedię żołnierzy wyklętych, na tragedię powstańców, na tragedię pokoleń Polaków, których już nie ma, ale wciąż żyją w nas dzięki swojej śmierci. Wielu krytyków, mam wrażenie, nie zrozumiało tego problemu. (...) Stąd oskarżenia, całkowicie nietrafne, o narodową nekrofilię, o grzebanie się w grobach, o męczennictwo, o jakiś narodowy masochizm. Nie można takich oskarżeń stawiać, jeśli się zrozumie najgłębszy i zarazem niesamowicie prosty sens całej poezji Wojciecha Wencla. (...) Cóż jest sensem życia dla katolika, jeśli nie śmierć właśnie? Śmierć, która dla niewierzącego jest tragedią, absurdem i końcem wszystkiego, dlatego się ją wypiera, a myślenie o śmierci staje się czymś godnym ośmieszenia. Dla człowieka wierzącego śmierć nadaje sens. Dla człowieka wierzącego w Polskę śmierć nadaje sens polskości. Nie dlatego, że sensem polskości ma być "umrzeć", ale dlatego, że w śmierci kolejnych pokoleń ten sens można odczytać. (...) Jak sens wiary katolickiej jest w śmierci człowieka, która jest udziałem śmierci Jezusa, tak sens wiary w Polskę, sens polskości, jest w śmierci tych, którzy za Polskę umierali, bo z tej śmierci wynika życie. (...) To fragment z laudacji niejakiego Ziemkiewicza poświęconej "De Profundis" Wencla. "Dla człowieka wierzącego w Polskę śmierć nadaje sens polskości" - polski "dance macabre" trwa...


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama