7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

11 grudnia 2012

NASZE HITY I MITY: Katastrofa wrześniowa

7 dni
„Gdyby we wrześniu 1939 r. żył Józef Piłsudski...” - tak brzmi najczęściej powtarzany  motyw historii alternatywnej. W opinii większości mieszkańców Polski kampania wrześniowa była katastrofą; gorycz mieszała się z oskarżeniami przywódców. „Gdyby żył Marszałek, On by nie dopuścił”. Niestety, tego twierdzenia nie da się zweryfikować.

Nie jest wykluczonym, a nawet najbardziej prawdopodobnym, że najbliższą prawdzie wizję zachowania Marszałka Piłsudskiego przedstawił Witkacy w „Pożegnaniu jesieni”. Jest tam scena podczas rozstrzygającej  bitwy z azjatycko-bolszewicką nawałą, gdy Wódz swym geniuszem przewiduje wynik i – by oszczędzić krwi żołnierzy – kapituluje bez walki. „Pożegnanie jesieni” powstało w 1925 r., a prognozowana katastrofa dotyczyła wschodniego zagrożenia. Autor nie był i nie pretendował do znawstwa sztuki wojennej strategii. W wojnach w XX w. do wyjątkowych sytuacji należały „rozstrzygające bitwy”, w których o zwycięstwie decydował geniusz Wodza i męstwo żołnierzy. Gdyby więc żył Marszałek Piłsudski, to 17 września 1939 r. w swojej kwaterze w Kutach byłby w podobnej sytuacji jak Marszałek Rydz Śmigły. I tak jak Śmigły wiedziałby, że odpowiedzialność nie pozwala wybrać najprostszego rozwiązania – samobójczej śmierci. I tak jak Śmigły wiedziałby, że każde inne rozwiązanie jest gorsze.

Nie tylko generałowie i politycy, ale zdecydowana większość opinii publicznej myśli o przyszłej wojnie przez doświadczenie wojny poprzedniej. Zasady strategiczne wydają się niezmienne. Wojna jest przedłużeniem polityki, a więc służy do osiągnięcia racjonalnie określonego celu, a narzędziem realizacji jest zniszczenie przemocą sił materialnych przeciwnika. Racjonalność stanowi o przewidywalności. Możliwe jest określenie interesu własnego i interesu przeciwnika, wyznaczenie pola konfliktu oraz określenie koncepcji jego rozstrzygnięcia. Wojnę wygrywa ten, kto w odpowiednim czasie i miejscu dysponuje przewagą materialną i potrafi to wykorzystać. Ten warunek nie zawsze wynika z porównania całkowitego potencjału demograficznego i gospodarczego państw.
Plan Piłsudskiego, wojny prewencyjnej z Niemcami w 1933 r, był dość racjonalny. Polska, wtedy, w określonym czasie i miejscu, dysponowała zdecydowaną przewagą militarną na Niemcami. Możliwe też było militarne zwycięstwo Polski nad ZSSR w 1938; bo mimo przewagi w uzbrojeniu armia sowiecka była sparaliżowana „czystkami stalinowskimi”. Ten rachunek sił nie jest jednak pełnym; tak w 1933 r jak i w 1938 r Polska nie była materialnie zdolna do toczenia wojny na dwóch frontach. Wojna prewencyjna w 1933 r wymagałaby tworzenia warunków politycznych, w których Francja współuczestniczyłaby w ataku na Niemcy, Wielka Brytania zachowałaby życzliwą Polsce neutralność, a ZSRR wyrzekłby się możliwości  ataku i aneksji wschodnich kresów Rzeczpospolitej. Musiałaby więc istnieć, niezależna od woli władz polskich, wyjątkowa koniunktura polityczna, by dzięki ograniczonej wojnie prewencyjnej usunięta lub odsunięta w czasie zostałaby tragedia wielkiej wojny światowej.
W 1933 r Niemcy ( przez ograniczenia narzucone traktatem wersalskim) dysponowały tylko 7 dywizjami wojska liczącymi nie więcej niż 100 tys żołnierzy; mieli jedynie 32 samoloty, a nowoczesne czołgi dopiero rodziły się na deskach projektantów. Mimo braku ograniczeń podobnie nieprzygotowane do działań militarnych były inne państwa. Armia amerykańska liczyła 70 tys żołnierzy, dopiero rozważano  trudną społecznie operację przeniesienia kawalerii z koni do czołgów.  Jednym państwem, które świadomie i konsekwentnie przygotowywało się do wojny, był ZSRR.  W ciągu kilku lat ten rachunek potencjału militarnego zmienił się zdecydowanie na niekorzyść Polski. W 1939 r Hitler dysponował  107 dywizjami i ponad 500 samolotami.
Sojusz militarny z Francją i Wlk. Brytanią miał sens, ale państwa sojusznicze swoja zdolność militarną umożliwiająca  pokonanie Niemiec mogły osiągnąć dopiero w 1942 r.  Polska też inwestując w budowę COP wykorzystać to mogła nie wcześniej niż w 1942-43 r.
Jeżeli więc przyjąć klasyczne zasady strategiczne, porównując możliwości zgromadzenia w określonym czasie i miejscu potencjału militarnego, kampania wrześniowa była przegraną zanim się zaczęła.

Wyobraźmy sobie, że we wrześniu 1939 r żyją jeszcze dwaj polityczni geniusze Dmowski i Piłsudski. Obaj, mimo dzielących ich różnic, tak jak w 1919 r., współpracują ze sobą, szukając wspólnie możliwości  optymalnego wyjścia ze śmiertelnej pułapki. I obaj decydują się na wybór „mniejszego zła”: pokój z Niemcami za cenę oddania Gdańska i wejścia w sojusz militarny z Hitlerem...Otóż obawiać się można, że  nawet wielki autorytet tych polityków nie przekonałby opinii publicznej, skłócona i podzielona wewnętrznie Polska stałaby się pionkiem w niemieckiej grze, dzieląc w przyszłości los takich sojuszników Niemiec jak Węgry czy Rumunia. Państwa oparte na ideologii totalitarnej nie kierują się tradycyjnie pojmowaną racjonalna logiką. Nie da się ustalić modus vivendi z kimś pokroju Kuby Rozpruwacza, dla którego przemoc jest celem samym w sobie.
Historię alternatywną świetnie się pisze z perspektywy lat, gdy znamy przebieg rzeczywistej historii. Zarozumiałość „później urodzonych” wyrażą się w próbie udowodnienia, że w określonych warunkach bylibyśmy mądrzejsi.

Czesi zgodzili się oddać Sudety otrzymując w zamian gwarancję przetrwania jako państwo. Pół roku później ta gwarancja okazała się nic nie wartym świstkiem „papieru”...Jaką gwarancje przetrwania miałaby Polska po oddaniu Gdańska ? Zapleczem partii nazistowskiej były grupy kombatanckie o świadomości ukształtowanej wynikiem I wojny światowej. Powstanie Polski dla nich było jednym z nieszczęsnych następstw tej wojny; blisko 100 tys Niemców musiało migrować z utraconego śląskiego, pomorskiego i wielkopolskiego Heimatu. Odzyskanie Gdańska nie zaspokajało oczekiwań, pojawiłyby się – wcześniej czy później – nowe roszczenia. Nie jest też oczywiste, czy Hitler potrzebował sojuszu Polski do walki z sowietami. Przy całym swoim szaleństwie ideologicznym Hitler był pragmatykiem. Równie dobrze po zwasalizowaniu Polski mógł dogadać się ze Stalinem w sprawie IV rozbioru; a mając zabezpieczone tyły rozpocząć wojnę z Francją o odzyskanie Alzacji i Lotaryngii.
Historia alternatywna to hipotezy niemożliwe do weryfikacji. W sierpniu 1939 r marszałek Rydz Śmigły mógł już tylko zrobić, to co zrobił. Zmobilizować maksimum sił militarnych i prowadzić  działania obronne w sposób zadający Niemcom największe straty. Nawet najwięksi krytycy nie negują, że tak właśnie było. Trudno też negować sens koncepcji ostatniej linii obronnej na „przedmościu rumuńskim”. Tylko tam armia polska miała możliwość korzystania z zewnętrznej pomocy (transporty przez zaprzyjaźnione Rumunię i Węgry), tam były zasoby ropy naftowej, tam także ukształtowanie terenu sprzyjało wojnie pozycyjnej.

Generałowie planują strategiczne działania w oparciu o doświadczenia poprzednich wojen. W sierpniu 1914 r ofensywa niemiecko-austriacka zajęła większość rosyjskiego zaboru ( Królestwa Polskiego). W listopadzie W.K. Mikołaj Mikołajewicz poprowadził kontrofensywę, która niemal nie zakończyła I wojny światowej. Desperacja obrona niemiecka na Jurze, ściągniecie posiłków z frontu zachodniego, uratowały państwa Centrum. Podobnie w czasie wojny 1920 r, odwrót wojsk polskich, oddanie ziem wschodnich, pozwoliło zyskać czas umożliwiający przeprowadzenie skutecznej, druzgocącej armie sowiecką kontrofensywy. Pomysł obrony na przedmościu rumuńskim, tam odbudowanie armii i przeprowadzenie kontrofensywy, gdy wojska niemieckie zwiąże planowana ofensywa francuska na froncie zachodnim, to było optymalne w warunkach 1939 r rozwiązanie. Niestety stało się to  co można było przewidywać w najgorszym, katastroficznym wariancie. Atak ZSRR oznaczał kres możliwości  walk obronnych na terenie Polski. W takiej sytuacji nie można było nawet liczyć na Francję; z jej punktu widzenia nie było sensu rzucać nieprzygotowanych armii na Niemcy.

Co w takiej sytuacji zrobiłby Marszałek Józef Piłsudski ? Odpowiedzialność Naczelnego Wodza jest większa niż zwykłego żołnierza. Samobójstwo w trudnej sytuacji nie jest ratowaniem honoru, ale zwykłą dezercją. Politycy – prezydent Mościcki lub premier Składkowski – mogli rozważać rozwiązanie polityczne, a do takich należy podpisanie aktu kapitulacji. Obowiązkiem Naczelnego Wodza jest wykonanie decyzji polityków. Skoro nie zdecydowano o zakończeniu wojny, dowódca miał obowiązek uratowania możliwie największego zasobu militarnego i kontynuowanie walki za granicą, u boku sojuszników. Belgia w sierpniu 1914 r została pokonana i zajęta przez Niemców; mimo tego po ewakuacji do Francji rząd i wojsko nadal prowadzili wojnę. Podobnie oczywista była zasada kontynuacji w latach II wojny światowej, gdy Niemcy zajęli Belgię, Holandię, Norwegię, Grecję itd. Można i należy krytycznie oceniać różne działania Rydza Śmigłego. Ale jego obowiązkiem było zrobienie tego co zrobił. Każdy dowódca będący na jego miejscu, Piłsudski, Sosnkowski, Sikorski, musiał by zrobić to samo: przejść z bronią w ręku przez most graniczny  na rumuńską stronę...

Każdy też zapłaciłby podobna cenę za taką decyzje. Przegraną kampanie wrześniową odebrano jako katastrofę. Nie przyjmowano do wiadomości zmian w technice i taktyce prowadzenia wojen. Pamiętano wielomiesięczne walki pozycyjne w czasie I wojny światowej; wiec za niemożliwe wydawało się zajęcie prawie całego obszaru Polski w ciągu zaledwie 2 tygodni. Szczycono się milionową armią odważnych żołnierzy, nie wiedząc, ze w tej wojnie czołgi i lotnictwo decydują o zwycięstwie. Polskie społeczeństwo nie było psychicznie przygotowane do przegranej. Z przyczyn wynikających z wewnętrznej polityki propaganda rządowa podtrzymywała mit, że jesteśmy „silni, zwarci, gotowi”. Wojsko otoczone było kultem, z tym większym bólem dostrzegano chaotyczny odwrót po przegranych walkach o utrzymanie linii granicznej. Przypomnijmy tu, że nawet w 1920 r, przed bitwą warszawską, widok wojska w odwrocie pobudził opinię publiczną do ostrych oskarżeń kierowanych pod adresem Naczelnego Wodza...Nie mogło być inaczej w 1939 r.

Mogło być gorzej. Po przegranej kampanii wrześniowej mogło dojść do rzeczywistego rozkładu naszego państwa. Polska istniała dopiero 20 lat, budowano dopiero narodowe więzi. Wyobraźmy sobie sytuację, gdy większość społeczeństwa oburzone klęską przestaje uznawać prawomocność emigracyjnej władz. Wyobraźmy sobie, że część polityków, zyskując poparcie części elit rozpoczyna kolaborację z Niemcami, starając się ocalić minimum państwowości; sytuację, gdy mamy polskiego marszałka Petain, polski rząd w polskim Vichy...Gdy przeciw nim występuje polski de Gaulle, a działania konspiracyjne nabierają treści wojny domowej.

Inna była sytuacja i inne zachowanie społeczeństwa po dwóch stronach granicy zaboru wyznaczonego układem Ribbentrop-Mołotow. Pod okupacją niemiecką wróg był ściśle określony, kolaboracja z nim była zdradą; powszechnie uznawano rząd emigracyjny i jego przedstawicielstwo w kraju. Pod okupacją sowiecką nasza więź państwowa uległa atrofii. Nieliczne i nieśmiałe próby oporu zostały w zaraniu zdławione przez NKWD, część elit poszła na jawną współpracę z okupantem. Ukoronowaniem tego były wybory 22 października 1939 r., będące głosowaniem za likwidacją Rzeczpospolitej; uczestniczyła w nich zdecydowana większość mieszkańców ( 96% w/g danych oficjalnych, ponad 80% w/g danych polskich). Istotniejsza jednak dla przyszłości  Polski była postawa  społeczeństwa pod okupacją niemiecką, ta zdolność zachowania cnót obywatelskich owocująca tworzeniem własnego „podziemnego państwa”.

Zachowując trzeźwy krytycyzm wobec polityków II Rzeczpospolitej, pamiętając  temperaturę podziałów, zabójstwo prezydenta Narutowicza, zamach majowy, więzienie brzeskie, pacyfikacje wsi na Wołyniu, strzelanie do manifestujących chłopów galicyjskich...przyznać trzeba, że politycy II Rzeczpospolitej zbudowali, mimo wszystko, trwały fundament pozwalający przetrwać państwowości polskiej nawet w najgorszym okresie. 

PS. Pozdrawiam serdecznie mojego Czytelnika komentatora tekstów. Ponieważ treść zamieszczanych komentarzy wymaga długiej dyskusji (a przyznam, że uwagi przyjmuję z wielką radością i wdzięcznością), unikam odpowiedzi skrótowej. Mam nadzieję, że mój drogi Czytelnik przyjmie zaproszenie na kawę lub piwo, by w miłej atmosferze przedyskutować to, co nas łączy i dzieli.

Z szacunkiem
Jarosław Kapsa
jaroslaw.kapsa@gmail.com

 


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

11 grudnia 2012

Czcigodny Autorze – Panie Jarosławie – dziękuję serdecznie za pozdrowienia i ciepłe uwagi do moich komentarzy oraz za zaproszenie… jeśli tylko los pozwoli chętnie podyskutuję o tym i owym przy szklaneczce Glenfiddich’a… Tymczasem korzystam z gościnnych okienek 7.dni i dzielę się swoimi opiniami, gdy tylko zostanę sprowokowany czy poruszony wypowiedzią w dyskursie publicznym czy miejskim, a rzecz, w moim mniemaniu, godna jest chwili namysłu i responsu. 1. Spodziewałem się jakiejś „grudniowej” inspiracji w serii „naszych hitów i mitów” – tym bardziej, że „jedynie prawdziwi patrioci” zawłaszczają kolejne historyczne rocznice, budując nowe legendy, mity i narzucając jedynie słuszne interpretacje i oceny czasu minionego – a Pan uciekł we wrzesień… 2. Wszelkie zabawy w alternatywną historię mają sens tylko wtedy, gdy poruszywszy mózgownice tym ćwiczeniem wyobraźni, wydobędziemy nauki dla dzisiejszego dziania się i prognozowania prawdopodobnych scenariuszy rozwoju sytuacji, w nowych zmieniających się kontekstach: świadomościowych, kulturowych, ekonomicznych, informacyjnych, geopolitycznych, etc. 3. Pytania brzmią: czy jeśli przyjąć, iż „…politycy II Rzeczpospolitej zbudowali, mimo wszystko, trwały fundament pozwalający przetrwać państwowości polskiej nawet w najgorszym okresie”, to czy my, obywatele III RP, w ostatnich ponad dwudziestu latach odzyskanej wolności zbudowaliśmy solidne podwaliny organizacji państwowej i samorządowej pozwalającej z minimalnymi stratami przetrwać podły czas gdy taki nadejdzie? A jeśli nie, to czy trzeba będzie uznać, że danina krwi poprzednich pokoleń była daremna? A może należy wrócić do lekcji płynących z historii Polski przedrozbiorowej? A jaki mamy dzisiaj potencjał obronny państwa wobec potencjalnego ataku szaleńców i kolejnej „pięknej katastrofy”? Trzeźwy krytycyzm wobec dostępnych faktów, eksperckich analiz, prognoz i raportów dotyczących różnych aspektów funkcjonowania państwa i naszego miasta oraz potoczna obserwacja biegu zdarzeń, nakazują uzasadniony głęboki sceptycyzm co do przyszłości naszego kraju i naszego miasta.


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama