7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

12 listopada 2012

Mity i hity (5): Kłopoty z panem Piłsudskim (cz. I)

7 dni
Dziewięćdziesiąt lat temu, w grudniu 1922 r., Polska stała na krawędzi wojny domowej. Cztery lata po odzyskaniu niepodległości, dwa lata po zwycięstwie nad bolszewikami, kilka miesięcy po uroczystej inkorporacji Górnego Śląska i Wileńszczyzny. Pierwszy demokratycznie wybrany Prezydent Najjaśniejszej Rzeczpospolitej zginął od kuli zamachowca. W odwecie planowano wymordowanie polityków prawicowych.

Zanim wgłębimy się w szarą rzeczywistość naszej przeszłości, warto jedno sobie uświadomić. Nie da się oceniać wydarzeń historycznych, stosując dzisiejszą miarę. „My Polacy lubimy pomniki” - pisał Gałczyński, dlatego nie wnikamy w szczegóły, w brązach i spiżach wykuwamy własne projekcje marzeń o wzorcach patriotycznych. Człowiek jest z innej materii niż spiż i brąz. Największy bohater przeszłości też może mieć na sumieniu poważne grzechy, a nawet czyny zbrodnicze. Nie jesteśmy tego w stanie osądzić bez empatii, bez kontekstu otoczenia. Polska międzywojenna nie była krajem wyjątkowym. We wszystkich krajach europejskich demokracja splatała się z demagogią i anarchią; w wielu z nich odpowiedzią były rządy „silnej ręki”. Przemoc była czymś codziennym, stale towarzyszyła politycznym sporom. Wiece i manifestacje, nie tylko w Polsce, ale i w Czechach, Francji, Szwecji, nie mówiąc o Niemczech, kończyły się często ulicznymi walkami z użyciem przez obie strony nie tylko pałek i kastetów,lecz i broni palnej. Takie były czasy, takie obyczaje... bez uwzględnienia tego nasz osąd będzie niesprawiedliwy. Nie było czymś nadzwyczajnym morderstwo popełnione na polityku; w zamachach na głowy państw zginęli: król Jugosławii, premier Francji, kanclerz Austrii, prezydent Stanów Zjednoczonych. Do zbrojnych przewrotów i walk wewnętrznych o charakterze bliskich wojnie domowej dochodziło we Włoszech, Niemczech, Francji, Austrii. Na tym tle czytajmy naszą historię.

Wyniki wyborów 1922 przeniosły do Sejmu i Senatu obraz Polski podzielonej. Sejm podzielił się na 17 klubów partyjnych, rządy musiały opierać się na nietrwałych koalicjach. Za klęskę państwową uznano wyniki wyborów na kresach. W województwach wileńskim, nowogrodzkim, poleskim i na Wołyniu blok mniejszości narodowej uzyskał ponad 75 proc. głosów. Na rdzennie polskich obszarach najsilniejsza była prawica; uzyskała ona ogółem 29 proc. głosów, dysponując w Sejmie dwoma klubami: 98-osobowym klubem Związku Narodowo-Ludowego z St. Grabskim, St. Głąbińskim, ks. K. Lustosławskim oraz 27-osobowy klub narodowy z E. Dubanowiczem i St. Strońskim. W centrum najsilniejsze było witosowskie PSL „Piast” - 70 posłów ; chadecja Korfantego uzyskała 44 mandaty. Za porażkę uznać można było wynik wyborczy lewicy, wspieranej autorytetem J. Piłsudskiego: PSL „Wyzwolenie” miało 48 posłów, PPS – 41 posłów. W sumie (po zakończeniu wewnętrznej rotacji i przepływów posłów z klubów do klubów) prawica dysponowała 164 mandatami ( 37 proc.), centrum ludowe 68 (15,4 proc.), lewica 126 ( 28,5 proc.), mniejszości – 81 posłów. 
Poza Sejmem był Józef Piłsudski, Naczelnik Państwa, cieszący się autorytetem zwycięskiego wodza. Piłsudczycy nie tworzyli odrębnego ugrupowania, do Sejmu z list „Wyzwolenia” i PPS weszli wierni Marszałkowi legioniści, bojownicy PPS i POW: Miedziński, Zyndram – Kościałkowski, Jaworski, Poniatowski, Moraczewski. Mimo braku oparcia w Sejmie, Piłsudski uważany był za pewnego kandydata do stanowiska Prezydenta RP. Sposób, w jaki odrzucił on tę propozycję, był jakby zapowiedzią przyszłych konfliktów. Mówił, że trzeba wydobywać się z „bagien i trzęsawisk”, że potrzebny kandydat o „lekkiej ręce” do kompromisu, choć ten kompromis kojarzy się ze zdradą narodową. 

Zgodnie z Konstytucją Marcową wybór Prezydenta dokonany został przez Zgromadzenie Narodowe, połączony Sejm i Senat. Ku zaskoczeniu ogółu po pięciu turach głosowań wybrany został Gabriel Narutowicz, nie znany jako polityk, lecz szanowany naukowiec, twórca energetyki wodnej w Szwajcarii, dobry organizator sprawdzony w roli Ministra Robót Publicznych. Prawica, dysponująca w Zgromadzeniu Narodowym 227 głosami na 545, popełniła kardynalny błąd. Jej kandydatem był Maurycy Zamojski, niewątpliwie uczciwy i zasłużony dla Polski człowiek, ale nie do zaakceptowania przez ludowców i lewicę jako największy „magnat” i „obszarnik” w Rzeczpospolitej. Jak to jednak bywa, ten własny błąd, zagłuszono uderzając w cudze piersi. Przemilczając własną nieudolność, w szukaniu porozumienia między rdzennymi Polakami, gromko  podnoszono, że Prezydenta wybrano głosami mniejszości narodowej.
Ta krytyka szybko wylała się z Sejmu na ulicę. Już 10 grudnia kilkutysięczny tłum prowadzony przez posłów endeckich podszedł pod Hotel Europejski, gdzie mieszkał Narutowicz, wznosząc okrzyki: „Precz z Narutowiczem”, „Hańba mu”. Następnego dnia podobny tłum wiecował pod mieszkaniem gen. Hallera, chcąc z niego zrobić wodza rebelii. 11 grudnia tłum próbował zablokować uroczystość przysięgi Prezydenta. Na Alei Ujazdowskiej ustawiono barykady, napadano na posłów idących ulicą Wiejską i przez plac Trzech Krzyży. Pobito kilkunastu posłów; Ignacy Daszyński  wraz z nestorem socjalistów Bolesławem Limanowskim strzałami z rewolweru bronili się przed uzbrojonym w pałki tłumem. Na odsiecz swoim parlamentarzystom przyszli bojowcy z PPS. Na placu Trzech Krzyży doszło do walki: zginął 1 robotnik, 9 było ciężko rannych, 17 lżej rannych. Do bijatyki doszło też w samym Sejmie. PPS-owcy poturbowali gen. Hallera. Posłowie „Wyzwolenia” grozili publicznie, że w odwecie będą palić dwory i wieszać ich właścicieli. Na sali sejmowej okładano się pięściami zbrojonymi w kastety.
Przez szalejący tłum, bez odpowiedniej ochrony policyjnej, przebijał się powóz wiozący Prezydenta RP. Narutowicz obrzucony został kamieniami i twardymi grudami śniegu. Atakowali go bezpośrednio bojówkarze z kijami. W Sejmie, ten zacny profesor Uniwersytetu w Zurychu, wysłuchać jeszcze musiał kakofonii obelg. Z pobladłą twarzą, ze śladami uderzeń na niej, złożył przysięgę „na krzyż Męki Pańskiej”.

Po zaprzysiężeniu atmosfera częściowo się uspokoiła. Nie doszło do kolejnych, pełnych przemocy walk ulicznych. Krytyka ograniczała się do ostrych w treści wypowiedzi  w prasie. Do Belwederu  wysyłano anonimowe listy z pogróżkami. Ton tych medialnych połajanek nie odbiegał jednak szczególnie od normy; w podobny sposób - i wcześniej, i później - także lewica atakowała prawicę.
To, co nas może dziś dziwić; prezydent Narutowicz mimo burzliwej atmosfery przemieszczał się po mieście bez ochrony; nie wprowadzono żadnych nadzwyczajnych środków ostrożności. Ale taki był standard. Kilka miesięcy wcześniej doszło do próby zamachu na Piłsudskiego; nie wpłynęło to na zmianę zachowania Marszałka, nadal bez ochrony spacerował po Warszawie. To tylko współczesna moda nakazuje izolować rosłymi BOR-owcami polityków od tłumu, bez względu na realne zagrożenie. W każdym razie wtedy, 16 grudnia 1922 r., malarz Eligiusz Niewiadomski mógł w salonie „Zachęty” bez problemów podejść w pobliże prezydenta i oddać do niego trzy strzały z rewolweru.
Śmierć pierwszego wybranego w Rzeczpospolitej Prezydenta była wstrząsem dla wszystkich. Zbrodnie potępiła zdecydowana większość polityków, w tym prawicowi oponenci. Owszem, w szeregu pobudzonego wcześniejszą agitacją tłumu znajdowali się fanatycy uznający Niewiadomskiego za „męczennika”. Był to jednak tylko margines. Spory wynikające z podziałów politycznych nadal były ostre, ale ogół partyjnych elit przyjmował, że przemoc nie jest rozwiązaniem. Liderom prawicy, zwłaszcza Hallerowi i Strońskiemu (bo oni dysponowali w Warszawie realną siłą), nie śniła się nawet myśl o „pójściu za ciosem”, wykorzystania chaosu po śmierci prezydenta, dla przejęcia władzy przemocą. 
Takowa myśl zrodziła się w innym miejscu i innym kręgu: wśród piłsudczyków. Rozpacz po śmierci prezydenta nie była tego jedyną przyczyną. Powiedzmy raczej; Narutowicz był dla Piłsudczyków osobom obcą, która nigdy nie wiązała się z ich walką. Majestat funkcji Prezydenta RP był też w tym środowisku uznawany za coś sztucznego, nieporównywalnego z „autentycznym” autorytetem Marszałka. Istotniejsze były inne przyczyny.
Do pierwszych bezpośrednich starć między endekami a piłsudczykami doszło w trakcie rewolucji 1905 r. Terroryzm PPS-Frakcji Rewolucyjne, wzniecane z przyczyn politycznych strajki napotkały zdecydowaną reakcję związków zawodowych związanych z prawicą. Dochodziło sporadycznie do otwartych walk, w Łodzi doszło do wymiany strzałów z ofiarami po obu stronach. Podziały pogłębiła I wojna światowa, gdy Piłsudczycy walczyli po stronie koalicji niemiecko-austriackiej, Dmowski i obóz narodowy opowiadał się po stronie aliantów: Rosji, Francji i Wielkiej Brytanii.
Dla piłsudczyków Polska była ich państwem, wywalczonym ofiarą krwi legionistów i peowiaków; obronionym w bitwie nad Wisłą i nad Niemnem. Z goryczą przyjmowali przegraną w demokratycznych wyborach. Kombatanci nie potrafili znaleźć się w zwykłym życiu nie tylko politycznym, ale i społecznym czy gospodarczym. Identyczne nastroje frustracji żołnierzy walczących za swą Ojczyznę legły o źródeł powstania włoskiego faszyzmu (fasci od federacji stowarzyszeń kombatanckich) czy niemieckich bojówek Freikorpsów. Obóz Piłsudskiego nie tworzyli politycy z parlamentarną sztubą, lecz bojowcy potrafiący strzelać z rewolwerów do wrogów.
Zaraz po zamachu powstał nieformalny sztab organizujący akcję odwetową; był w nim m.in. R. Jaworski, I. Matuszewski, A. Koc, I. Boerner. Uzyskano poparcie warszawskiej organizacji PPS. Według planu po pogrzebie zabitego w demonstracji na pl. Trzech Krzyży robotnika miało dojść do zbrojnej manifestacji. Jednocześnie uzbrojeni bojowcy mieli „eliminować” polityków prawicy, według listy z ich adresami. Wpływy piłsudczyków pozwolić miały na zachowanie „neutralności” policji i wojska podczas tej akcji. Usprawiedliwieniem jej miał być „gniew ludu” po zabójstwie prezydenta Narutowicza.
Nie wiadomo, czy w plan wtajemniczony został Józef Piłsudski. Sądzić można, że tak, choć zdystansował się od inicjatorów. Na ulice Warszawy ściągnięto bojówki „Wyzwolenia”; bojowcy PPS wyciągnęli z ukrycia swoje rewolwery. Nie wiele dzieliło Polskę od tragedii, a taką byłaby ta zaplanowana na zimno „noc długich noży”. Od dramatu uchroniła zdecydowana postawa Ignacego Daszyńskiego. Powiadomiony o akcji, zakazał jej wprowadzenia, grożąc najsurowszymi partyjnymi karami członkom PPS uczestniczącym w zamachach. Autorytet galicyjskiego lidera spowodował, że PPS wycofał się z akcji. Nadal jednak rozognione nastroje groziły wybuchem.
Szczęściem wyjątkową dojrzałość polityczną okazał niedawno wybrany marszałek Sejmu, ludowiec z „Piasta” Maciej Rataj. Nie czekając na wybór nowego prezydenta, pełniąc obowiązki Głowy Państwa, desygnował na premiera żołnierza gen. Władysława Sikorskiego. Sikorski wzmocnił w Warszawie obecność wojsk, wprowadzając w praktyce rozwiązania bliskie stanowi wojennemu. Publicznie zagroził liderom wszystkich stronnictw politycznych, że jeśli nie będzie spokoju, użyje wojska „nie rozróżniając winnych od niewinnych”.  Pod osłoną żołnierzy odbyły się kolejne wybory prezydenckie; wybrano (także głosami mniejszości narodowej) socjalistę, działacza spółdzielczego Stanisława Wojciechowskiego. Prawica nie ryzykowała już publicznych protestów.
Widmo przemocy zostało odsunięte. Uspokoiły się nastroje społeczne. Przeciętnego mieszkańca bardziej od polityki bolała sytuacja gospodarcza, zwłaszcza rosnąca zastraszająco inflacja. 3 lipca 1922 r Józef Piłsudski zrezygnował z kierowania sztabem generalnym i z wszystkich funkcji publicznych. Wybrał Sulejówek. W pożegnalnej mowie w Sali Malinowej Hotelu Bristol mówił o zaplutych karłach, o moralnych sprawcach zbrodni zabójstwa Prezydenta RP.


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

12 listopada 2012

A dzisiaj... 23. lata po pełnej naiwnych obietnic - jak się okazuje - "zmianie"? Co z dzisiejszymi nastrojami społecznymi, co z "widmem przemocy", "degeneracją mediów" i utratą ich wiarygodności? Jak długo manipulowanie emocjami - strachami, nieufnością, kompleksami - zastępować będzie spory między treścią - ideami i programami politycznymi? Czy możliwe jest przywrócenie wiary, że warto jest angażować się w demokrację/wybory, bo mamy wpływ na działania podejmowane przez polityków? Czy idea "dobra wspólnego" i "obywatela" - świadomego swych praw i obowiązków - jeszcze żyje? Czy ma rację Krastew wskazujący na internet, który "wzmocnił głos zwykłych ludzi, odmienił sposób, w jaki się komunikujemy i postrzegamy politykę... ale też stworzył kółka wzajemnej adoracji i polityczne getta, w których można spędzić całe życie (nie wychodząc z domu)wśród przedstawicieli tylko własnej wspólnoty politycznej... i coraz trudniejsze staje się zrozumienie ludzi, którzy są inni niż my"? No i jeszcze ten pan Piłsudski: tylko dzięki zaiste niepojętej, a tak wielkiej i niezbadanej litości boskiej, ludzie w tym kraju nie na czworakach chodzą, a na dwóch nogach, udając człowieka...


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama