7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

11 października 2012

Mity i hity (2): Antyfaszyzm – droga „pożytecznych idiotów”

7 dni
„Jestem antyfaszystą” - to brzmi dumnie. W imię obrony wolności jednostki antyfaszysta czujnie śledzi pojawiające się tu i ówdzie niebezpieczeństwa, profilaktycznie alarmuje opinię publiczną, gdy ktoś krótko ostrzyżony składa kwiaty pod pomnikiem Dmowskiego, albo – o zgrozo! - „zamawia piwo”, pokazując razem pięć palców. ..

Wolność jest darem, który chronić i bronić należy; tu zgadzam się z współczesnymi antyfaszystami. Faszyzm jako ideologia jest mi obcy, traktuję go z niechęcią, jak i inne ideologie XX w., prowadzące do pozbawiania życia i wolności „wrogów wolności”, „wrogów ludu” i innych „wybranych na wrogów”. Niestety, antyfaszyzm sam stał się ideologią, która usprawiedliwia podłość zbrodni.
Fundamentem naszej cywilizacji jest prawo rzymskie. A zatem uznajemy, że prawo nie działa wstecz, nie można być karanym za czyn dozwolony w chwili popełnienia. Kara powinna dotyczyć konkretnego czynu, a nie takiej czy innej formy myślenia. Przyjmując takie standardy jako oczywiste, ze zdziwieniem i niedowierzaniem czytać będziemy treść dekretu Krajowej Rady Narodowej z 22 stycznia 1946 r. o odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego. A czytać powinniśmy – bo jest to kwintesencja antyfaszyzmu.

Zgodnie z tym dekretem kara śmierci, ewentualnie więzienie od 3 lat do dożywocia, groziła temu, kto „idąc na rękę ruchowi faszystowskiemu lub narodowo-socjalistycznemu (...) działał na szkodę Narodu lub Państwa Polskiego przez a) umniejszenie lub osłabienie siły zbrojnej polskiej lub sprzymierzonej; b) osłabienie ducha obronnego społeczeństwa”. Dożywocie groziło  osobom sprawującym naczelne funkcje kierownicze za zaniedbania przynoszące korzyść faszyzmowi. Więzienie – za pochwalanie takowych zaniechań w pismach lub drukach. Art 6 przewidywał odpowiedzialność dla osób, które „przez oszukańcze zabiegi, stosowanie nacisku moralnego lub korupcje narzuciły Narodowi antydemokratyczną konstytucje lub usiłowały albo zmieniły prawnie obowiązujący ustrój Rzeczpospolitej Polskiej w duchu faszystowskim”. Za ten czyn też groziło dożywocie. 

Dekret podpisał: Prezydent KRN Bolesław Bierut, premier Edward Osóbka-Morawski i Minister Sprawiedliwości Henryk Świątkowski. Art 10 wyraźnie wskazywał, że ma on zastosowanie do przestępstw popełnionych przed 1 wrześniem 1939 r.

Ocena polityki zewnętrznej i wewnętrznej II RP jest i zawsze będzie przedmiotem sporu historyków, tak jak i każdy inny temat z przeszłości. Dekret z 1946 określił w imieniu państwa jednolitą, obowiązująca ocenę i oddał w ręce sądów, prokuratury, UB i MO wyrokowanie w zakresie odpowiedzialności indywidualnej za czyny uznane przestępstwa kilka-kilkanaście lat po ich popełnieniu. I to bynajmniej nie było prawo martwe: do więzień na mocy tego dekretu trafiali przedwojenni politycy, urzędnicy, dziennikarze, nauczyciele – pozostali przy życiu po gehennie niemieckiej okupacji ludzie tworzący przedwojenną elitę intelektualną. Młody funkcjonariusz wykształcony na kursach ideologicznych, tłumaczył cierpliwie z pomocą pałki, że nie zdając sobie z tego sprawy osadzeni byli faszystami lub faszyzmowi służyli.

Faszyzm za zło absolutne został uznany, gdy sojusz ZSRR, USA, Wlk Brytanii walczył z koalicją zawiązaną wokół hitlerowskich Niemiec. Na wojnie pierwszą ofiarą jest prawda; propaganda wojenna absolutyzuje wroga. Stąd świat się stał czarno-biały. Po „dobrej” stronie humanitarne, komunistyczne NKWD, po złej faszystowskie „gestapo”... Na konferencji w Jałcie sojusznicy – Stalin, Roosevelt, Churchill – pochylili się z troską  nad losem Polski. „Szlachectwo zobowiązuje”, jako szczerzy demokraci chcieli dla Polski jak najlepiej... Przyjęto, że wybory władz suwerennego Państwa Polskiego muszą być w pełni demokratyczne. Tu pojawiły się wątpliwości: a co będzie, jeśli w tych demokratycznych wyborach wygrają polscy faszyści? Nie można było do tego dopuścić, więc ustalono, że nie mogą w demokratycznych wyborach uczestniczyć  partie faszystowskie.

Himmler powiedział: o tym, kto jest Żydem, decydujemy my – czyli SS. Podobnie mógł powiedzieć Stalin, Beria czy Bierut. O tym, kto jest faszystą: decydujemy my. Faszystą nie był autentyczny przedwojenny faszysta Bolesław Piasecki, ale stał się nim gen. Władysław Anders, socjalista Kazimierz Pużak czy ludowiec Stanisław Mikołajczyk. Jako partie faszystowskie wykluczono nie tylko przedwojenną „sanację” i Stronnictwo Narodowe, ale i PSL, PPS-WRN, SP. Na koniec okazało się, że niefaszystowskie i demokratyczne są tylko komunistyczna PPR i jej „przylepki”.

Trzeba o tym pamiętać; zawsze ktoś decyduje o tym, kto jest faszystą, a kto – nie. I zawsze reglamentacja demokracji prowadzi do  zbrodni. Sympatyczni i mili chłopcy z Antify (ruchu antyfaszystowskiego, głoszącego zakaz uczestnictwa w demokratycznych wyborach nielubianych ugrupowań, np. ONR, UPR, LPR czy PiS) wcześniej czy później – gdy przeforsują swoje idee – będą je wcielać w życie, kopiąc po nerkach i zagrzebując w wiezieniach tych, którzy się nie zgadzają z ograniczeniem swojej wolności.

O tym, że można definiować, kto jest faszystą, mówić może tylko człowiek nie znający historii.
Dyskusja jest przy tym trudna, dzięki narzuceniu wszystkim „stalinowskiej narracji”. Trudno jest dyskutować w XX w. o ideologiach, skoro w większości państw europejskich obowiązuje cenzura, ograniczająca dostęp do materiałów źródłowych, a za niektóre wypowiedzi można trafić do więzienia pod zarzutem „chwalenia faszyzmu”. Aresztowanie brytyjskiego pisarza Dawida Irvinga było tu wyraźnym ostrzeżeniem. Nikt z celebrytowanych obrońców indywidualnej wolności nie wystąpił w obronie Irvinga, zapominając, że prawdziwa tolerancja dotyczy przede wszystkim  respektowania prawa do głoszenia poglądów nam przeciwnych, a nawet dla nas wstrętnych.

Tylko nie znając historii, można zapraszać Niemców, by bili polskich faszystów; tak jak to miało miejsce w zeszłym roku. Gdy mówimy bowiem o polskim faszyzmie (bo pamiętajmy, że inny był faszyzm włoski, żydowski, ukraiński, czeski, angielski, rumuński – każdy kraj miał swoją specyfikę), powinniśmy przeprowadzić własny, w miarę obiektywny osąd, posługując się faktami. Trzeba odpowiedzieć na pytania:
- czy polscy faszyści wsadzali, czy byli wsadzani do wiezień?
- czy mordowali, czy też byli mordowani?
- czy dokonali zdrady państwa przymierzając się z wrogą potęgą?  
Polskimi faszystami można nazwać przedwojennych działaczy Obozu Narodowo-Radykalego (ONR) lub żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych z czasów wojny. Nie można tych określeń rozciągać na cały obóz narodowy, bo „stare” Stronnictwo Narodowe nie tylko współtworzyło liberalną konstytucje „marcową” w 1921 r, ale także konsekwentnie broniło demokracji parlamentarnej. Obóz narodowy – to też zauważmy – nigdy samodzielnie nie rządził Polską, więc nie można mu przypisać pełnej odpowiedzialności za prowadzaną przed wojną politykę wewnętrzną.

ONR powstał w 1934 r. i po trzech miesiącach funkcjonowania został zdelegalizowany. Założyciele trafili do obozu koncentracyjnego w Berezie Kartuskiej. Na pierwsze pytanie możemy odpowiedzieć: faszyści z ONR nie wsadzali (bo nie mieli władzy sądowniczo-policyjnej ani administracyjnej w II RP), ale byli wsadzani. Trafiali bez wyroku do obozu, byli skazywani na kary aresztu i więzienia. Skazywani, nie tuszujmy, słusznie: bo były to kary za burdy antysemickie, bicie ludzi i niszczenie mienia.

Do wybuchu wojny światowej nie można zarzucić ONR mordowania lub prób mordowania swoich politycznych przeciwników. Przemoc – tak: ale przemoc przed wojną nie była obca większości partii: ludowcy, socjaliści, syjoniści, tak jak i narodowcy często wzmacniali swoja argumentację pałką, kastetem czy pistoletem. Sprawcą największej zbrodni politycznej w przedwojennej Częstochowie – zabójstwa trójki osób w Kasie Chorych – był socjalista. Nie oznacza to, że ten incydent uprawnia do nazywania lewicy mordercami. W przypadku polskich faszystów pamiętajmy także, że przedwojenni liderzy: Jan Mosdorf (zamordowany w Auschwitz), Stanisław Piasecki (rozstrzelany w Palmirach), Paweł Musioł (zgilotynowany w katowickim więzieniu), byli ofiarami nazizmu. Konkludując – w tragicznych czasach totalitaryzmów polscy faszyści nie mordowali, lecz byli mordowani.

I trzecie pytanie - nim na nie odpowiemy, wróćmy na chwilę do dekretu „antyfaszystowskiego” z 1946 r. Zgodnie z nim kara śmierci groziła za osłabianie sił zbrojnych, nie tylko Polski, lecz i sojuszników. Nie podejrzewajmy, że pod słowem „sojusznicy” kryli się Anglicy, Francuzi czy Rumunii. W 1946 r. można było być na mocy prawa powieszonym za to, że przed 1939 r. osłabiało się (niezależnie jak to rozumieć) potencjał ZSRR, państwa, które napadło na nasz kraj 17 września 1939 r. Dekret podpisała władza, która w sposób jawny i otwarty kolaborowała z agresorem i okupantem, bo tak w świetle norm międzynarodowych określić można ZSRR.

Takich czynów nie da się zarzucić polskim faszystom. Nie była to partia kolaborująca, nie mieliśmy  „polskiego Quislinga”.

Tyle jeśli chodzi obiektywne spojrzenie. Podkreślam: ideologia faszyzmu jest dla mnie nie do przyjęcia, godzi w moje wartości. Nie mam zamiaru idealizować ONR, uważam, że gdyby nie stanowcza polityka rządów sanacyjnych ta partia mogła zagrażać bezpieczeństwu mieszkańców Polski, a jej sukces źle rokowałby wolnościom obywatelskim. Ale karać można tylko za popełnienie konkretnego, zakazanego prawem czynu. Nie można karać ani za grzeszne myśli, ani za grzeszne ideologie.

Nie dajmy się więc zbałwanić ideologii antyfaszyzmu. Nie wstępujmy w ślady „pożytecznych idiotów”, wypełniających wskazania Stalina. Wolności nie można reglamentować.


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

12 października 2012

Mówią lepiej dmuchać na zimne, niż się gorącym sparzyć. Mówią ekstremizm polityczny, plankton polityczny… tuż obok „grupy quasi faszystowskie, ksenofobiczne, antysemickie, okraszone i wspomagane bandytami stadionowymi”… bezwzględnymi – budzącymi u wielu strach… Nie wiem jaki jest dzisiejszy „faszyzm polski” i czy w ogóle jest… boć może skryty za maską ruchów narodowych i patriotycznych, nazywanych „skrajną prawicą”, czeka dopiero na „swój czas”. BTW, nie wiadomo co to w istocie dzisiaj znaczy w realnej polityce „skrajna prawica” i jaką mają, reprezentujące ją ruchy, moc sprawczą w forsowaniu zmian w naszej Ojczyźnie… ? Wiem jedno… długotrwałe „pranie mózgów” na fali narodowej megalomanii z jednej strony i narastającej frustracji i niezadowoleniu z obecnej „władzy” – z drugiej, manipulacja faktami, historią i sączenie nacjonalistycznego czy rasistowskiego jadu bywa groźne w swych skutkach społecznych… a bywa prowadzi do zbrodni. Nie dziwi mnie, że akcji towarzyszy reakcja, żadnej z tych sił bym nie demonizował, ale obawy przed nasileniem antydemokratycznych radykalizmów w Europie - pozostają… W Internecie/blogosferze skrajnie prawicowe organizacje „nowego typu” to ruch masowy i globalny/ponadnarodowy. Kiedy prześlepimy, że dzisiejszy margines jest zbyt szeroki? I warto mieć na uwadze, iż "używane w różnych filozofiach i ideologiach pojęcia wolności są często magiczne - służą budzeniu emocji i sterowaniu ludzkim postępowaniem" i najchętniej abstrahują od odpowiedzialności za podejmowane - często w imię szczytnych celów - działania.


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama