7dni

Szukaj

Szukaj na stronie Tygodnika 7dni

13 września 2012

FELIETON: Podręcznik pani Minister

FELIETON: Podręcznik pani Minister

7 dni
A ja to sobie tak patrzę, patrzę i słucham, słucham i oczom nie wierzę. Młody poseł z PiS (tam już sami młodzi zostali) żali się, że 1000 zł musi wydać na szkolne podręczniki dla swych dzieci. W bardziej postępowych kręgach w PO sprawy materialne ustępują trosce o kręgosłup 10-latków zmuszonych targać w tornistrach 4-6 kg książki. Nie narzeka jedynie lewica, bo tam szkoła bez stresu i ignorancja połączona z odpornością na wiedzę jest najbardziej na topie.

    Wrzesień, proszę państwa, wrzesień. Minister Edukacji „jakiejś tam” (słowo narodowa nie jest trendy) ogłasza w drodze rozporządzenia, jakie podręczniki obowiązują w szkołach. Wyboru konkretnych tytułów dokonuje dyrektor. Płacą rodzice. Ponieważ Minister kobietą jest, podobnie jak większość dyrektorów szkół i nauczycieli, a kobieta zmienną jest, to i podręczniki zmieniają się. Postęp buduje dochody wydawnictw oświatowych, uniemożliwiając rodzicom omijanie księgarni i korzystanie z podręczników używanych.
   Bluźnierstwem byłoby zadanie pytania: „a co właściwie w sensie merytorycznym zmieniło się w informacjach zawartych w poprzednich podręcznikach?”. Bo w sensie formy, wygląda to mniej więcej tak: coś co było na stronie 5  jest na 134, co było w tabelce jest w ramce, zmieniły się ilustracje, inna jest gramatura papieru i kolorystyka okładki. Ach, jeszcze inny tytuł i autor. Choć ten autor pracowicie skompilował treści poprzednich podręczników, produkując wzorzec metody „kopiuj-wklej”.
   Przyjmijmy – wbrew oczywistym oczywistościom – że celem MEN nie jest wspieranie wydawców podręczników. W związku z tym MEN przestaje się tym zajmować, nie wydaje już żadnych rozporządzeń, nie finansuje recenzentów, komisji oceniających, departamentów czytających. MEN ogranicza się do tego, że raz na kilka lat (oby jak najrzadziej) określa minimum programowe, wskazując jaka wiedza i jakie umiejętności powinny być w szkole przekazane. Wypełnienie tego minimum sprawdzają egzaminy zewnętrzne. To, jakich narzędzi używa nauczyciel, by wiedzę przekazać, pozostawmy jemu samemu.
   Być może kolejni ministrowie nie zauważyli, że ilość idiotów zatrudnionych w szkołach uległa wyraźnemu zmniejszeniu. A tylko dla idiotów nauczycieli uczących idiotów uczniów stworzony został system feudalny, w którym przyjęty przez oświeconego władcę tekst kanoniczny (zawarty w podręczniku) jest przez indukcję (wkuwanie) wbijany ręką pedagoga w młodzieńcze łby. Tak jak żołnierz, który na każde pytanie „jak jest?” powinien umieć dziarsko odkrzyknąć „tak jest!”, tak i absolwent szkoły powinien odpowiadać gotowymi formułkami wykutymi z podręcznika.
Tyle, ze świat nigdy nie potrzebował i nadal nie potrzebuje niemyślących żołnierzy i niemyślących absolwentów szkół. Stąd się brały frustracje i rewolucje.
   Zaufajmy szkole i nauczycielom. Gdyby jeszcze wprowadzić system zwany bonem oświatowym, w którym pieniądze na edukacje idą za uczniem, to zaufanie byłoby weryfikowane rynkiem. Szkoła, która nie potrafi uczyć, by zbankrutowała; tam, gdzie dobrze kształcą, popyt wpływałby na lepsze pensje nauczycieli. Zaufajmy szkole – twórzmy system kształcenia dzieci tak, by nawet pani Minister nie mogła go popsuć. Choć zdolności polityków nie da się przecenić.

Na zdjęciu: III Akademia Obywatelska „Po pierwsze edukacja, czyli czego Jaś się nie nauczy…”, 11 września 2012. Po lewej: Krzysztof Ponchała (dyr. II L.O. im. C.K. Norwida), Izabela Leszczyna (PO), Krystyna Szumilas (Minister Edukacji Narodowej).
Fot. Marek Dziurkowski


Jarosław Kapsa

Komentarze (1)

13 września 2012

Dwie uwagi polemiczne: 1. Pisze pan: „ Nie narzeka jedynie lewica, bo tam szkoła bez stresu i ignorancja połączona z odpornością na wiedzę jest najbardziej na topie” – myślę, że to słabo uzasadniona hipoteza badawcza i rację ma raczej Gauss, który trafnie zauważył przd laty, iż dla zjawisk/populacji masowych rozkład pewnych atrybutów ma charakter „normalny” według krzywej dzwonowej… Czyli statystycznie rzecz biorąc, czy to polska „lewica”, czy to polska „prawica”, to „poziom ignorancji i odporności na wiedzę”, ich członków i innych organów, jest podobnie „rozłożony” – mniej więcej tyle samo geniuszy i tumanowatych na obrzeżach i masa przeciętniactwa w środku… potoczna obserwacja i codzienne doświadczenie to potwierdza... Chociaż tu i ówdzie mogą wystąpić lokalne odstępstwa od tej reguły i nagromadzenie kretynów reprezentujących dane ugrupowanie partyjne bije wszelkie rekordy, ale raczej to local singularity – lokalna osobliwość, a nie statystyczna prawidłowość. 2. Pisze pan: „…ilość idiotów zatrudnionych w szkołach uległa wyraźnemu zmniejszeniu” – IMHO to też tylko hipoteza badawcza, zważywszy na brak selekcji wstępnej do polskich szkól wyższych zwanych „szkołami wyższymi bez wstydu” oraz radykalnemu obniżeniem poziomu kształcenia i wymagań egzaminacyjnych w ostatnich kilkunastu latach – to opinia wielu uznanych i szanowanych autorytetów naukowych, badaczy i analityków - mamy do czynienia raczej z obfitością „produktu edukacyjnego” niż kompletnie wykształconymi absolwentami, również wśród pedagogów… „trzeba to wreszcie otwarcie powiedzieć: wyższe wykształcenie w dzisiejszej Polsce to mniej więcej w połowie obraza rozumu, wciskanie kitu i propaganda”. I to jest problem, i to jest wyzwanie, którego jakoś nikt nie podejmuje – czy demografia i rynek to „załatwią” ?


Skomentuj

Treść:
E-mail:

Dobre bo Nasze

Dobre Bo Nasze

Reklama

Reklama